Przejdź do treści

Smutne życie czytelnika na emigracji, czyli te złe przedsprzedaże

Za górami, za lasami, były sobie Targi Książki w Warszawie 2022, które przelały moją czytelnicza czarę goryczy.

Nie czytam nowości na bieżąco, nie potrzebuję ich mieć “już-zaraz-teraz”, bo z reguły jestem cierpliwa. A jednak uderzyło mnie w tym roku to dziwne zjawisko przedsprzedaży, które sprawia, że jako czytelnik i fan kilku serii czuję się pominięta i odseparowana od ogółu społeczności (a nawet dziwnego fandomu). I tak, to nie jest niczyja wina, to przecież ja sama zdecydowałam się na emigrację, akurat do tego kraju, który postanowił się odseparować od świata (dzięki Brexit!).

O co właściwie chodzi? Otóż od jakiegoś czasu zauważam, że mimo ustalania daty premiery książki, wydawnictwa udostępnia ją czytelnikom dużo, dużo wcześniej (z okazji wspomnianych TKW to było chyba trzy tygodnie z plusem). Wiadomo, wielki event książkowy, można zarobić, można pokazać się od tej zajebistej strony, ale jednak nie. Nie dla każdego (bo przecież czytelnicy z małych miasteczek na krańcach Polski nie dojadą).

Ogólnie, nie uważam, że przedsprzedaż to jakieś wielkie zło. I wysyłanie czytelnikom czegoś wcześniej jest świetnym gestem, ale data premiery zaczyna przypominać jakiś nieśmieszny dowcip. Po co ją ustalać, skoro książka nagle staje się dostępna właściwie wszędzie na trzy tygodnie przed premierą? Jest papier na TKW, jest ebook na Legimi, jest audiobook (nie wiem na której platformie, bo nie słucham i nie śledzę, ale na pewno jest). Czy ja tu czegoś nie rozumiem?

Z mojego czytelniczego punktu widzenia, powinny istnieć trzy sytuacje, w których wydawca udostępnia tekst danego tytułu wcześniej:

  • ARC, czyli wersja powieści przeznaczona tylko dla recenzentów przedpremierowych, gdy wydawca (czasami autor) chce mieć dobrą reklamę zanim dany tytuł trafi do szerokiej dystrybucji;
  • fizyczna, finalna wersja książki na max tydzień przed premierą, kupiona bezpośrednio od wydawcy;
  • papierowa wersja książki na dużych eventach czytelniczych — wspomniane WKW.

Nie uważam, żeby wrzucanie ebooka na platformy przedpremierowo było dobrym zabiegiem. Jesteś wydawcą, wrzucasz tytuł na Legimi, ludzie przeczytają go w ramach abonamentu i tracisz potencjalnego klienta, który kupi książkę by dostać ją nieco wcześniej. (tak, to mały odsetek, ale nadal). Dostępność na evencie przestaje być ekskluzywna i wyjątkowa dla tych, co pofatygowali się pojechać, upolować nowy tytuł ukochanego autora.

Specjalnie nie podaję wydawców ani tytułów, bo to nie o to chodzi. Jako czytelnik na obczyźnie poczułam się oszukana — czekam na kilka tytułów od dawna i chcę je mieć fizycznie na półce, ale nie jestem w stanie skorzystać z przedsprzedaży, bo ani jeden wydawca nie wysyła książek do UK. I rozumiem to, bo ceny zaporowe! Jednak ostatnio zauważone praktyki nie dają nam (mi), czytelnikom na emigracji, równych szans. I tak ja wiem, że są ebooki, które mogę kupić równo z datą premiery — to samo mogę zrobić z papierem (w teorii, bo czasami polskie księgarnie w UK maja opóźnienia z dostępnością w hurtowniach itp.). A social media bombardują zdjęciami upolowanych książek.

Gorzej jest z tytułami dostępnymi jedynie na stronie/w sklepie wydawcy, bo taki exclusive. Ale to już inna bajka.


4 komentarze do “Smutne życie czytelnika na emigracji, czyli te złe przedsprzedaże”

  1. Nawet nie wiedziałam, że wydawcy tak robią.
    Ale przez ten exclusive na Hardą Hordę dopiero teraz na targach kupiłam “Harde Baśnie”, bo ten ograniczony tryb dystrubucji sprawił, że nie zgarnęłam książki nigdzie “przy okazji” i jakoś cały czas o niej zapominałam. Choć niby jestem czytelnikiem, który czasem zamawia bezpośrednio z wydawnictwa.

    1. Mnie to boli bardziej, bo wysyłka do UK 1 książki jest zupełnie nieopłacalna. Cały czas kombinuję jak tutaj sobie kupić “Próby ognia i wody” skoro wydawnictwo nie chce samo wysłać. Wiem, ze Brexit i trudności, ale przecież oni za wysyłkę nie płaca tylko JA jako czytelnik.

  2. Mam wrażenie, że od lat data premiery jest li tylko dla wielkich sieci sprzedażowych. Ot, trzeba mieć co wpisać w system Empiku, żeby sobie zaklepać termin. A przy problemach z dostępnością papieru terminy tym bardziej stają się umowne.

    Co do samej przedsprzedaży i dostępności, to szczerze mówiąc, nie dotyka mnie jakoś szczególnie fakt, że ktoś tam sobie na targach kupi 2 tygodnie wcześniej. Bo nawet jak sobie kupię, to nie przeczytam jej zbyt szybko (albo przeczytam, ale i tak na Legimi, bo Legimi mam na telefonie i mogę czytać po ciemku). A jak ktoś kupi wcześniej i wrzuci reckę, to może uratuje mnie od zakupu, którego będę żałowała. Mam wrażenie, że kultura czytelnicza niebezpiecznie zmierza w kierunku, który serialom jakiś czas temu wyznaczył Netfliks: trzeba jak najszybciej obejrzeć, bo p premierowym weekendzie wszędzie będą spoilery, a za miesiąc temat już będzie przebrzmiały i nie będzie z kim o tym pogadać. A to chyba nie o to w literaturze chodzi…

    1. Może to już u mnie starość, ale jak mnie SM bombardują fotkami to dostaję dziwne czytelnicze FOMO… I człowiek się czuje jak gorszy rodzaj czytelnika, bo nie ma (i nie ma jak mieć!). Ja też rozumiem, że wydawca ma więcej kasy ze sprzedaży bezpośredniej, i to się lepiej kalkuluje zrobić taką przedsprzedaż, która w zasadzie jest tylko tak nazwana dla pozorów.
      I masz rację, nie o to chodzi w literaturze, a dostępność i ceny papieru to już w ogóle inna bajka!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.