Żaby, samodoskonalenie i BuJo

Nowy miesiąc, to bardzo dobry moment na opowieść o samodoskonaleniu. Szczególnie, że zaczął się wrzesień — wiecie, początek roku szkolnego — to to jest dobry moment na coś nieco innego na blogu. Wprawdzie już kawałek tego września minął, ale na blogu jeszcze nie było wpisu, więc mogę sobie wybaczyć lenistwo.

Okazuje się też, że to, o czym będę tu marudzić, jakoś wcale mi się nie udaje — dowodem jest ten spóźniony wpis blogowy. Tak, dokładnie ten, który ja własnie piszę, a Ty własnie czytasz.

Ten rok miał być dla mnie. Miałam być bardziej zorganizowana, miałam mieć lepsza prace, własny samochód, nowy dom, lepiej się odżywiać, zrzucić zimowe kilogramy, zadbać o zdrowie i sylwetkę, zainwestować w rozwój, i w ogóle być super żoną i panią domu z sukcesami zawodowymi i pisarskimi. Jest wrzesień i chyba trochę mi nie wyszło. Żyję sobie na emigracji, nie wszystko mogę tak, jakbym chciała, ale mimo wszystko podejmuję jakieś tam małe kroczki na drodze do samodoskonalenia. Życie mi zweryfikowało ambitne plany na 1 rok, z niektórych zrezygnowałam bardziej świadomie, z innych mniej — nie o tym jednak chciałam pisać.

Przeczytałam książkę. Koleżanka mi podsunęła, bo wie, że próbuję, bo to miało mi pomóc w ustawianiu priorytetów i tych moich wielkich celach. Więc przeczytałam Eat That Frog!: Get More of the Important Things Done, Today! i chyba tyle tego dobrego.

Myślałam, że nie napisze nic o tym małym podręczniku, bo miałam po lekturze mieszane uczucia. Ale widząc, jak bardzo mi nie idzie ostatnio prowadzenie bloga, postanowiłam kopnąć się w tył mojego jestestwa i zmienić nieco podejście do wszystkiego. A wracając do książki, to moje mieszane uczucia zbudowały dwa wnioski.

Po pierwsze, mam wrażenie, że autor nakierował to ogarnianie rzeczy na strefę zawodową życia, a nie na samo-ogarnianie. Dużo pisze o priorytetyzacji zadań tak, żeby móc się wykazać, przy okazji odpuszczać to, co nie jest ważne. Ale dla mnie wszystko jest ważne i nadal nie wiem jak mam sobie organizować czas na wszystko i być doskonałą…

Po drugie, wyszło mi, że te rady, które mogę zastosować dla siebie, to już w lepszy lub gorszy sposób robię. Rozpisuję swoje zadania, w końcu mam BuJo, które może nie jest super profesjonalne, ale dzięki niemu nie gubię ważnych dat i wizyt i spotkań. Planuje w nim moje super wpisy na blogu. I na dokładkę mam karteczki przypominajki na ścianie.

A może ja jednak nie zrozumiałam Briana Tracy i jego systemu zjadania wielkich tłustych żab, a olewania kijanek? Zrobiłam sobie jakieś notatki, może do nich wrócę, bo samodoskonalenie to mój cel ponad wszystkie inne cele.

Na razie trzymam się mojego BuJo — pomaga mi planować czytanie i pisanie, motywuje (nie licząc ostatniego miesiąca czy dwóch) i jest miejscem do wpisywania jadłospisu na kolejny tydzień. Zadania podstawowe dobrej żony.

Mogłabym się bardziej przyłożyć i postarać, ale tak właściwie, to nikt mi nic nie każe, a ja nic nie muszę. Dorosła jestem. Dobrze, że chociaż ogarnęłam się z pisaniem powieści (o tym już w piątek!) i wygląda to nawet całkiem nieźle. A na dokładkę jem lepiej i zrzuciłam kilka z zimowych kilogramów (mam nadzieję, że nie wrócą wraz z kolejną), więc w zasadzie da się.

A wniosek z tego płynie taki, że jestem niereformowalna i podręczniki do samodoskonalenia nie są dla mnie, ale czyta się je z takim zapałem i przekonaniem o wspaniałości.

2 myśli na “Żaby, samodoskonalenie i BuJo”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *