Wyzwanie Le Guin 2.2: Planeta wygnania

wyzwanie czytelnicze 2020 Hain 2 Planeta wygnania

Kontynuuję przygodę z Ursulą K. Le Guin — taka mała oczywistość. Dzielnie czytam tom Sześć światów Hain i zaczynam przyzwyczajać się do grubości całej kolekcji. Drugim tekstem w zbiorze jest Planeta wygnania, i o ile wierzyć Wikipedii, jest to druga wydana powieść autorki. Pierwodruk, podobnie jak Świat Rocannona, pochodzi z 1966 roku — oba teksty są krótkie, mają w granicach 100 stron, więc szybkie pisanie i wydanie wcale mnie nie dziwi.

Przy poprzednim tekście z cyklu wspominałam, że obawiam się pewnej ciężkości tekstu, takiej powolności w czytaniu, tymczasem zaskoczyłam się pozytywnie. Przyznaję, początek Planety wygnania był ciężki, ale wydaje mi się, że wpłynęły na to dwa czynniki: właśnie ta moja obawa, uprzedzenie i strach oraz długa przerwa w czytaniu, moje prywatne rozleniwienie. Nie mogę też zapomnieć o najważniejszym czynniku, który wpłynął pozytywnie na moje tempo czytania: ciekawsza fabuła.

Historia opowiedziana w tej powieści jest bardziej spójna, zmierza od punktu A do punktu B, z małymi rozgałęzieniami, wydała mi się bardziej przystępna i bardziej skondensowana. Powiedziałabym, że jest tu więcej treści w tekście niż między tekstem (jakkolwiek dziwnie to brzmi).

Fabułę śledzimy z perspektywy kilku osób, ale za najważniejsze uznałabym: młodą dziewczynę Rolery, rdzenną mieszkankę tytułowej planety; Wald, ojciec Rolery i wódz rodu w koczowniczej wiosce; Jakob Agat, obcy człowiek z kolonii.

Żeby nie zdradzać zbyt wiele z tej króciutkiej powieści, kilka słów o tle fabularnym. Jesteśmy na planecie Werel należącej do Ligi Wszystkich Światów, gdzie pozostała zapomniana kolonia Ziemian. Planetę zamieszkują oczywiście inteligentne formy życia, ale są to plemiona koczownicze, które nie wynalazły jeszcze koła — od razu rzuca się duża przepaść kulturowa i rozwojowa. Zarówno Ziemianie, jak i rdzenni mieszkańcy mówią o sobie „ludzie” a drugą „rasę” nazywają odpowiednio farbornami (bo urodzili się bardzo daleko) oraz wifami (skrót od wysoce inteligentnej formy życia). Obie frakcje nie darzą się zbytnią sympatią, a jednak stają przed decyzją o zawarciu sojuszu. Czy im się uda? Odpowiedź jest w Planecie wygnania.

Czytając powieść zastanawiałam się, co wpłynęło na ile lepszy odbiór tekstu. Czy była to poprawa stylu autorki, a może Le Guin postanowiła eksperymentować z formą? A może kryje się za tym inny tłumacz? Wracam teraz na chwilę do pierwodruku, bo jego data nie musi świadczyć o jednoczesnym pisaniu obu powieści, wszakże to tylko moment ich wydania. Jednak Planeta wygnania miała dla mnie o wiele łatwiejszy próg wejścia, i prawdopodobnie nigdy się nie dowiem czy był to może świetny redaktor pracujący z autorką, czy może świetny redaktor pracujący z tłumaczem. Niezależnie od tego, co się wydarzyło pomiędzy Światem Rocannona a Planetą wygnania, o wiele bardziej cieszyłam się z tej lektury. A to z kolei sprawiło, że od razu chciałam więcej.

Co do mojego podejścia „to jest Le Guin, tu musi być coś więcej”, tym razem nie miałam takiego przymusu szukania drugiego dna. Mam wrażenie, że obie powieści z tomu były napisane w podobnym duchu, i w obu autorka poruszyła problemy kolonizacji, zderzenia dwóch kultur i zachowania tożsamości tychże. I oczywiście jak zawsze u Le Guin — takie mam wrażenie po tych kilku powieściach, jakie do tej pory udało mi się przeczytać — pojawiają się zagadnienia związane z własną tożsamością, zbiorowa tożsamością, z różnymi aspektami tolerancji i życia w społeczeństwie. A Planeta wygnania podała mi to w naprawdę dobrej fabule.


Tłumaczenie powieści: Juliusz P. Szeniawski


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *