Emigracja w odcieniach szarości, czyli osobiste wyznanie z mieszkania na obczyźnie

big ben, londyn nocą

Nie jestem polityczna, staram się nie wypowiadać o rzeczach (bo mogę nie wiedzieć dobrze) i ogólnie nie jestem jakoś wylewna prywatnie. Ale poczułam w sobie potrzebę napisania tego tekstu. Bo ostatnio jakoś dużo się dzieje, rok 2020 to jakiś mało śmieszny dowcip.

Na sytuację polityczną w Polsce dużo osób odpowiada “to wyjedź jak Ci źle” — mnie samej to nie dotyka, bo ja już jestem ‘wyjechana’, w końcu nie przypadkowo nazwałam mój blog Gryzipiórka na Emigracji.

W poniedziałkowy poranek 13 lipca, przeczytałam pewien rant na twitterze, który (mimo racji w całej okazałości i konkretnego przekazu) włączył mi jakiś guzik agresora — uznałam, że muszę się do tego przyznać, żeby oddać sprawiedliwość moim przemyśleniom i temu tekstowi. Nie będę go cytować. Odpowiadał on właśnie na tę “dobrą radę” z wyjazdem z Polski, ale wydaje mi się, że był pisany bardzo emocjonalnie i ja, czytając sobie mocno między wierszami, jak to czasami mam w zwyczaju, poczułam że przypadkiem dostałam rykoszetem z tego rantu. Ja, biała hetero kobieta na emigracji. I ja oczywiście wiem, że tam tego rykoszetu nie było — moje emocje odczytały inne emocje i sobie dopowiedziały. Ale wrażenie pozostało.

W rancie ogólnie pojawia się stwierdzenie, że nie każdego stać żeby sobie wyjechać; że niektórzy mają bliskich i jak to tak zostawić ich.

Co mnie w tym uderzyło? A to, że poczułam się wrzucona do uprzywilejowanego worka ludzi, co sobie śpią na pieniądzach i pojechali hen daleko, bo im się nudziło w domu. I ich stać.

Porozmawiałam o moim rozumieniu (ach ten mały kobiecy móżdżek) z inną osobą, która naprostowała moje emocjonalne rozumowanie i zmusiła do chłodnego przemyślenia. Z tego wszystkiego powstał pomysł na ten dość prawdziwy tekst o różnych odcieniach emigracji. I o tym, co mnie na niej spotkało.

Dodam jeszcze, że nie uważam, że wyjazd to najlepsze rozwiązanie, i to z różnych powodów. Nie wiem jak bardzo moje zwierzenia to wyjaśnią, ale mam nadzieję, że komuś coś to da. Chociaż jednej osobie.

Decyzja o emigracji i życie na kredyt zaufania?

Tak szczerze? Wyjazd do Anglii nie był moją decyzją. I ja do końca nie wiem, jak to się stało.

Styczeń 2013, oboje z (wtedy jeszcze nie, ale dla uproszczenia będzie dalej tak nazywany) Mężem jesteśmy bez pracy, pojawia się jakiś życiowy kryzys, bo za co opłacimy mieszkanie? Co dalej ze sobą zrobić, gdzie iść? Stoimy na takich dziwnych rozdrożach, próbując zdecydować do jakiego miasta się przenieść, skoro Łódź nas zawiodła, a pomysł z Warszawą się nie udał zanim na dobre spróbowaliśmy. Pada mglisty pomysł z wyjazdem do Anglii.

Nie było za bardzo mowy o przetrzymaniu, bo ja z ostatniej pracy zostałam zwolniona (w bardzo chamski sposób, ale to już inna bajka) w listopadzie, i nie umiałam znaleźć nic nowego. Nikt mnie nie chciał, a i ja byłam chyba mało przekonująca w moich staraniach. Licencjat z dziennikarstwa, magisterska z edytorstwa, brak doświadczenia — w życiu mi nie wyszło.

Ten mglisty pomysł z Anglią wydawał się nieco bardziej kolorową perspektywą, ale dla mnie przerażającą. I kiedy ja, dojrzewałam do takiej opcji, próbowałam zorganizować ewentualną pomoc po drugiej stronie (na którą nawet nie dostałam potwierdzenia), mój Mąż kupił nam bilety na samolot i nie było odwrotu.

Przed faktem dokonanym stanęłam ja, i mój nieświadomy jeszcze kontakt na angielskiej ziemi.

28 luty 2013 rok. Wylądowałam w Anglii, na obcej ziemi, nie będąc nigdy za granicą. Żeby zrobić ten krok musiałam pożyczyć w Polsce pieniądze, by zamienić je na funty. Trzymałam w garści jakieś £200 i wierzyłam Mężowi, że damy radę, że się uda. Ja nieśmiała i wystraszona całą tą sytuacją.

£200 to nie jest góra złota, nie kiedy nie masz zapewnionej pracy, a koszt tygodniowego utrzymania przekracza £100 — niewielki pokój dla pary kosztował nas £90 tygodniowo, a przecież trzeba jeść. Nawet jeśli zaczniesz od razu pracować, to pierwsza tygodniówka (o ile jesteś w systemie tygodniowym) wskoczy na twoje konto po 2 tygodniach (o ile udało Ci się otworzyć konto i nie dostaniesz czeku, którego realizacja jest dłuższa). Nam się jakoś udało przetrwać.

Start to kredyt zaufania do ludzi, których spotkasz na swojej drodze, a z tym niestety bywa różnie, o czym szybko się przekonałam. I tutaj niefajne rzeczy mieszkaniowe spotkały nas tylko od Polaków. Taki paradoks czy coś. Pierwszy pokój u Polaków wynajmowaliśmy 2 miesiące — nie znaliśmy ludzi, pokój na nas czekał, nie zagrało między nami. Drugi pokój od Polaka wynajmowaliśmy 2 miesiące — mieszkało się nawet dobrze, ale wkradł się fałsz jakiś i w zasadzie to nas trochę wyrzucił. Trzeci pokój od Anglika wynajmowaliśmy 3 lata — tu nie mam komentarza.

Praca, praca, i jeszcze raz praca…

Nie chcę opowiadać mojej historii medycznej, ale uważam, że powinnam krótko wspomnieć co ze mną jest nie tak. Kiedy miałam 18 albo 19 lat wykryło u mnie przesunięte/wysunięte dyski i ucisk na nerw kulszowy. Miałam wtedy problemy z chodzeniem i postawą, leczono mnie lekami, fizjoterapią, ćwiczeniami i całą tą resztą. Obecnie jestem w zasadzie sprawna, miewam gorsze okresy (w Anglii miałam 3 poważne momenty, pomoc NHS była różna). W 2019 roku doczekałam się w końcu nowego, aktualnego skanu MRI (rezonans magnetyczny). Po latach wynik był gorszy, ale jak ćwiczę i nie dźwigam to jest dobrze. Jestem trochę leniwa i pewnie mogłoby być o wiele lepiej.

Ta informacja była mi potrzebna do konfrontacji z pracami jakie wykonywałam przez 6 lat, prawdopodobnie ze szkodą dla mojego zdrowia.

Uściślę w tym miejscu dwa fakty:

  • w Polsce skończyłam studia, mam tytuł magistra z literaturoznawstwa; jednocześnie jestem niezdolna do pracy fizycznej, która uwzględnia podnoszenie rzeczy cięższych niż 2 kg;
  • Miasto Fabryk i Magazynów jest raczej miasteczkiem robotniczym — kiedyś była tutaj huta stali, i dominuje przetwórstwo i logistyka (zresztą moja nazwa miasta mówi sama za siebie).

To prawdopodobnie nie jest scenariusz, który rozegra się w każdym zakątku Anglii, czy nawet Wielkiej Brytanii. To jest scenariusz, który stworzył moje doświadczenie na emigracji.

Zaczęłam od pracy w fabryce sałatek owocowych. W temperaturze na poziomie 2 stopni, w ciągłej wilgoci i na dwunastogodzinnych zmianach. Od 6 do 18. Pracowałam tam miesiąc, bo moja koleżanka ściągnęła mnie do siebie do magazynu, który pakował ubrania ZARY (tak na marginesie są dość kiczowate jak się przyjrzeć, i źle uszyte).

Nie będę się rozwodzić nad wszystkimi miejscami, przez które się przewinęłam — mogło ich być ok. 10. Robiłam różne rzeczy, po spotkaniu z owocami omijałam fabryki jedzenia szerokim łukiem skupiając się na magazynach. Pracowałam przez około rok w fabryce materacy, gdzie skręcałam tzw. Kosze Mojżesza — to była super lekka praca gdzie byłam jedyną Polką na moim dziale, pracowałam z dużo starszymi Angielkami i nauczyłam się tam pewności siebie, większej otwartości a mój poziom angielskiego skoczył w górę. Wspominam to miejsce bardzo dobrze, mimo że zostałam zwolniona z powodu redukcji działu (firma straciła też klientów, więc nie mogła mnie przenieść na inny).

Ale pracowałam też w miejscach gdzie musiałam podnosić kartony — nie dość, że niektóre z nich były bardzo nieforemne, to dodatkowo ważyły po 15 kg. Był to magazyn dla sieci sklepów PRIMARK. I pierwszy raz musiałam zadzwonić na sick line, bo po takim dniu podnoszenia tych pięknych kartonów (zdaje się, że to były zimowe kurtki albo/i zimowe buty), mój kręgosłup się poddał i nie byłam w stanie wstać z łóżka następnego ranka. Od razu złożyłam wypowiedzenie. To tam nauczyłam się, że zdrowie jest ważniejsze niż posiadanie pracy. W innym miejscu nauczyłam się, że zdrowie jest ważniejsze niż tłuste nadgodziny w weekend (bo też zapłaciłam to problemami zdrowotnymi i tygodniem leżenia w łóżku — słaby deal).

Koniec końców, w czasie tych 6 lat pracy na magazynach, odwiedziłam lekarza kilka razy w związku z plecami, a raz nawet zbagatelizowałam to, co mi się stało (pewnie tylko pogarszając i odwlekając jakiekolwiek działania NHS).

Tą historyjką chciałam pokazać, że nie każdy nadaje się na wyjazd za granicę. Ja się nie nadawałam fizycznie na to, co mnie spotkało. I kiedy się decydowaliśmy na ten krok, zupełnie nie uwzględniłam tego, że może mi się pogorszyć, bo przecież wszystko jest okej. Ja się w ogóle nie uważam za osobę z jakaś niepełnosprawnością, a pewnie powinnam.

Zakładałam też głupio, że ja sobie znajdę prace na kasie w markecie, albo jakąś inną recepcję, bo przecież mam magistra i mój angielski jest całkiem okej. No trochę się pomyliłam i moją obecną pracę w administracji dostałam po ponad 6 latach, i to zupełnie przypadkiem.

Język wyuczony, język zastany.

Tutaj krótko, ale chyba warto zaznaczyć. Angielski, którego uczyłam się latami w szkole nie był tym angielskim, który usłyszałam w Mieście Fabryk i Magazynów. Przede wszystkim dlatego, że w szkołach uczą nas poprawnego, a nawet literackiego języka, którym nikt nie mówi na co dzień. Nagle słyszysz zwroty, o których nikt nigdy Ci nie mówił i na niby znany Ci język to totalny bełkot. (Ani razu nie usłyszanym np. żeby ktoś mówił, że jest half past eight — jest half eight.)

W moim przypadku było gorzej. Wyżej wspominałam, że w moim miasteczku była kiedyś huta stali. Nie wiem jak to działało, jakie było wielkie, wiem natomiast, że do pracy w hucie przyjechało tutaj masę Szkotów (dlatego miasteczko nazywane jest też Małą Szkocją i ma w Anglii największą sprzedaż napoju IRN BRU). I w angielskim mówionym są tu naleciałości ze szkockiego. W jednej pracy moja bezpośrednia szefowa była Szkotką i ja przez pierwszy miesiąc nie rozumiałam co ona do mnie mówi, a wtedy mieszkałam w Anglii już 4 lata.

Uczyłam się angielskiego 10 lat w szkole i zdałam całkiem nieźle maturę rozszerzoną z języka. Połowa tej wiedzy była dla mnie przeszkodą.

Polacy, którzy nie trzymają się razem.

O temat Polaków na obczyźnie zahaczyłam już przy problemach mieszkaniowych.

W Mieście Fabryk i Magazynów jest bardzo dużo imigrantów, z różnych zakątków świata. Litwini, Łotysze, Czesi, Węgrzy, Słowacy, Rumuni i oczywiście Polacy. Spotkałam też kilka osób z Mołdawii, Portugalii, z krajów afrykańskich. Oczywiście są też przedstawiciele Pakistanu oraz Indii (no bo kolonie brytyjskie), a nawet mała garstka z Azji Wschodniej (ale tutaj nie potrafię sprecyzować, stawiam na Chiny, Wietnam i Filipiny). Mieszanka.

Moja obserwacja jest taka, że Polacy to jedyny naród, który nie trzyma się razem, za to chętnie dowali polskiemu sąsiadowi. Jest nas tu dużo, nie ma opcji, żeby wychodząc na miasto czy będąc w dużym sklepie nie usłyszeć polskiego. I jest mi smutno z tego powodu, bo widzę, jak siebie nawzajem traktujemy. Moje doświadczenia mieszkaniowe się w to wpisują, ale słyszałam o dużo gorszych przypadkach. Na zasadzie, że ktoś nie może mieć ciut lepiej od ciebie, bo jak to tak? Jasne, też zazdroszczę znajomym, że są w stanie kupić dom przede mną — no bo jednak idą na swoje, a mój wynajmowany dom się rozpada (o usterkach i landlordach, którzy idą po kosztach to bym pewnie napisała oddzielny tekst). Ale moja zazdrość nie jest chorobowa, nie marze o tym, żeby im dowalić “za karę”. Ja tylko wale się w głowę, że wcześniej tego nie ogarnęłam, bo mogłam.

Swoich polskich znajomych mogę policzyć na palcach jednej ręki, a jednocześnie wiem, że Polacy tworzą sobie takie kliki, do których nikt nowy nie ma szans się wbić. Znając naszą narodową mentalność wątpię, by w innych miejscach było bardziej radośnie. Ale może się mylę, może to kwestia takiego nagromadzenia Polaków w tym małym miasteczku? Dużo więcej wsparcia i pomocy otrzymałam od przypadkowych Anglików niż kiedykolwiek od Polaków przez 7 lat emigracji.

Stany depresyjne, powroty do Polski.

Nie wydaje mi się, żebym przeżyła prawdziwą depresję i załamanie, ale te wahania w moim nastawieniu nazywam stanami depresyjnymi. Wiele rzeczy nam się nie udawało, brak kontaktu z bliskimi, brak własnego kąta, niezdolność to znalezienia sobie trwałej znajomości (nieliczne są, ale nie trwają 7 lat i trochę tutaj generalizuję) nie raz i nie dwa sprawiały, że myślałam o powrocie. Próbowałam na Mężu wymusić jakiś plan działania z końcowym powrotem do Polski. Zajadałam smutki dobrym i tanim jedzeniem. Nie były to nic obsesyjnego i drastycznego, ale bardziej jakaś moja wewnętrzna melancholia i pewne “nic mi się nie udało, chce do domu”.

Mój Mąż jest jednak człowiekiem dość racjonalnym i spokojnym, i kiedy ja chowałam się do tej depresyjnej skorupy smutnej nastolatki, on potrafił mi objaśnić świat na nowo. Jest moim kołem ratunkowym, i bez niego już dawno utonęłabym w moim własnym smutku.

Do dziś pamiętam moja pierwsza wigilię w UK. Taki disclaimer: na Boże Narodzenie poleciałam do polski tylko raz, bo musiałam wymienić dowód a nie posiadałam paszportu. A miesięczny pobyt w Polsce kosztował mnie moja pracę bo z niej uciekłam — żadna fabryka czy magazyn nie da Ci nagle urlopu na miesiąc w grudniu.

I wracamy do tej wigilii. Barszcz z kartonu, uszka z opakowania, jakieś pierogi i krokiety z pudełka, i śledziki (może było tego więcej, ale wszystko gotowe). Popłakałam się nad barszczem. To był jeden z tych smutniejszych momentów w całej tej emigracji, bo pierwszy raz wigilię spędzałam bez rodziny, czułam się niezwykle samotna i opuszczona w obcym kraju.

Później się do tego przyzwyczaiłam i nawet lubię takie leniwe święta, gdzie nic nie muszę. A wolny czas spędzam z Netflixem.

Skarb smoka, czyli moja własna góra złota.

Te góry funtów, które da się zarobić to jakiś cholerny mit. Bo ja ich nie mam.

Faktem jest, że można sobie spokojnie wydać pieniądze na nową grę (patrz mój Mąż) czy karton książek (patrz JA — zdarza mi się rzadko, bo przyznaję, że cebulactwo ze mnie wychodzi i głównie poluje na ebooki w promocji), i nie odczuć tego w ogóle finansowo. Można z dwóch pensji spokojnie opłacić wynajem domu, rachunki, opłaty samochodowe, wyjść kilka razy na miasto na kolację czy do kina, mieć fundusz na drobne przyjemności (u mnie tysiąc pięćset kaw z koleżankami w miesiącu) i nadal kilka funtów odłożyć do skarpety. Żyć sobie spokojnie bez martwienia się czy starczy do końca miesiąca i ze świadomością, że mogę kupić kolejną sukienkę czy żakiet do pracy (wiecie, biuro). I tyle.

Można też sobie pojechać na ciekawe wakacje, o ile nie trzeba dwa razy w roku latać do Polski, w najgorszych możliwych miesiącach. Tj. od maja do sierpnia a potem jeszcze grudzień. O podróżach do rodziny w kolejnej części.

Nie, nie mam góry złota, nie mam hałd funtów skrytych pod materacem, nie pobieram benefitów, i nie jem bułek z frytkami żeby było jak najtaniej, bo piniunszki cza zbierać i czymać mocno.

Prawda jest taka, że najwięcej wydaję na wyjazdy do Polski. Zawsze mam pecha i jak odwiedzam rodziny, to funt stoi nisko, więc nie mam za niego nawet 5zł. I jak już kupię te złotówki, to okazuje się, że one szybciej uciekają z portfela niż moje funty, a niektóre dobra po przeliczeniu są droższe w Polsce.

No i to, że zarabiam w funtach, wcale nie oznacza, że mam tak dużo więcej pieniędzy. I strasznie mnie ten mit denerwuje. Bo owszem, stać mnie na rzeczy, ale stać mnie na rzeczy tu w Anglii, i też się nad niektórymi zastanawiam po kilka razy.

Kiedy nie wiesz, czy tęsknisz za rodziną, czy też nie

Ten wątek łączy się nieco z poprzednim. Bo podróż do Polski, to niekończąca się studnia wydawania pieniędzy. Już to liznęłam.

W Anglii jestem sobie ja i mój Mąż — tworzymy sobie taką małą komórkę rodzinną (chociaż według Karty Rodziny, czy jak to tam zwał, to tak nie bardzo pod rodzinę podchodzimy, bo coś nas za mało). Czy planujemy mieć dzieci? Nie wiem. Faktem jest, że nasi rodzice i rodzeństwo są w Polsce, i im się życie ułożyło całkiem znośnie, nie musieli szukać szczęścia za siedmioma rzekami.

I fajnie jest odwiedzić rodzinę, ale…

Pierwsze ale: albo Polska, albo wakacje/urlop. Przez 7 lat była to zawsze Polska i zaczynam mieć tego dość. Bo urlop w Polsce nie jest urlopem, bo rodzina sobie myśli, że wróciłam z jakiegoś mega-urlopu do domu… Dziękuję, postoję.

Drugie ale: wyjazd do Polski to wydanie góry funtów, o których się nie myśli, bo przecież wydałam złotówki. I czasami sobie myślę, że mniej wydałabym na wykupionym all inclusive w jakimś fajnym ciepłym miejscu. I miałabym urlop.

A potem są jeszcze pytania w stylu: to planujesz w ogóle wrócić? a kiedy będziesz miała dziecko? Albo teksty: zarabiasz w funtach, stać cię. To ostatnie odsyła do tego, o czym mówiłam wyżej — nie, nie stać mnie. I wrócę do mojej góry złota — tak, zarabiam nieco więcej, ale za dobra po przeliczeniu płacę tak samo, a dodatkowo w Polsce dochodzi mi opłata za przewalutowanie albo inne bzdury.

To nie jest tak, że jak nie pojadę do Polski, to nie mam kontaktu z rodziną. Mam. I rodzina też wie, że można do mnie dzwonić i pisać — jest XXI wiek, internet śmiga sobie spokojnie, można zadzwonić nawet i to nic nie kosztuje bo WhatsApp. Ale czasami zastanawiam się, czy rodzina tęskni za mną, kiedy zapomina o mnie tygodniami albo miesiącami. Te relacje zaczynają się poluźniać z biegiem czasu i trzeba włożyć w utrzymanie więzi dużo wysiłku, żeby nie zostały zapomniane. Nie ważne jak bardzo zażyłe relacje były to wcześniej.

Tylko kiedy okazuje się, że to JA dzwonię i JA utrzymuję więzi, bo oni mają tam siebie na wzajem, to już nie jest super miłe. A przecież ja nie siedzę i nic nie robię (fakt, ostatnie cztery miesiące tak wygląda moje życie), tylko pracuję — i to w tym takim śmiesznym formacie from nine to five — zajmuje się domem i całym tyym „dorosłym życiem”.

Nie lubię się też czuć jak gość, co przywozi prezenty, bo one nie są kluczowym elementem moich wizyt, a czasami przywiezienie ich zajmuje mi cenne miejsce w małym bagażu, albo specjalnie dokupioną duża walizkę. Czasami rodzina nie rozumie pewnych spraw, przez co zdarzają się spięcia. I jest to smutna rzeczywistość, która wcale nie pomaga na rozłąkę.

Emigracja — podsumowanie

Cały ten mój dziwny wywód miał pokazać plusy i minusy emigracji. Nie wiem jak bardzo one są widoczne w moich zwierzeniach, jak bardzo oczywiste są pewne sprawy. Nagrzej pisało mi się wątek rodzinny, bo to dość delikatny temat nie tylko dla mnie, ale i dla wielu innych osób. To chyba nawet widać, że jest on lekko nijaki… I możliwe, że tylko ja mam problem z wiecznie jednym kierunkiem lotu, bo kursowanie między Polską a Anglią wcale nie jest takie przyjemne i kosztuje też sporo nerwów. Zresztą sam lot, to nie tylko te 2 godziny w samolocie, to też całe pakowanie, upychanie, logistyczne obmyślanie, co będzie potrzebne (czasami trzeba być gotowym na każdą pogodę), potem dojazd na lotnisko, bieganie w poszukiwaniu informacji o bramce, stanie w kolejce z niecierpliwymi rodakami, przepychanie się w samolocie na Twoje miejsce (za które czasami trzeba było porządnie dopłacić, bo chciało się siedzieć obok Męża, a linie lotnicze wiedzą jak zarobić), próba wyjścia z samolotu w jednym kawałku, odczekiwanie na przejście przez granicę i odbiór bagażu (jeśli był dodatkowy, a często jest dokupiony za kolejne miliony monet) — wyprawa na cały dzień. A jak już jesteś w tym polskim domu, to chciałbyś w sumie iść spać, ale się nie da.

Z całą moją wiedzą teraz, po 7 latach na emigracji, nie wiem, czy zdecydowałabym się zrobić to jeszcze raz. Z całą moją wiedzą, i świadomością różnic między Polską a Anglią, nie zdecydowałabym się teraz już wrócić do kraju. Nie planuję tego w najbliższej przyszłości, ale nie wiem co się stanie za chwilę.

Bo tu też nie jest tak różowo, jest szaro — na co wskazuje tytuł. Anglicy są dość ksenofobiczni, chociaż na zewnątrz uśmiechają się bardzo. Nie mają dobrego zdania o Polakach, ale jak na nas patrzę, to się nawet nie dziwę. A w dodatku tutaj mam Borisa i Brexit, więc to żaden win-win.

Oczywiście nikomu nie odradzam wyjazdu, ani go nie doradzam. W obecnych czasach, nie wiem tylko czy Anglia to dobry kierunek. Brexit właściwy, chociaż niby już był, czeka nas w zasadzie dopiero po nowym roku, kiedy minie okres przejściowy. Mimo statusu osoby osiedlonej też żyję w jakiejś niepewności.

Chciałam powiedzieć, że decyzja o wyjeździe z kraju, to decyzja wielowarstwowa, gdzie trzeba rozważyć wiele za i przeciw, mieć na to jakiś plan (bez planu też się udaje, ale trzeba jednak pomyśleć o zapleczy jakimkolwiek), a przede wszystkim duża pewność siebie. Ja jej nie miałam i przez długi czas opierałam się na pewności siebie mojego Męża. Samotnie bym takiego kroku nigdy nie zrobiła. Emigracja zawsze wiąże się z rezygnacją z czegoś innego i dużym bagażem emocjonalnym — tylko nie każdy ten bagaż poczuje tak samo ciężko. I rzucanie radą w stylu “to se wyjedź” jest dość niefajne.

Często żartobliwie rzucam “zapraszam do mnie”. Ale ja wiem, jak ciężko było mi na początku, chociaż zdarza mi się o tym zapomnieć. Chciałabym za to wierzyć, że nikt nie będzie musiał uciekać z Polski w związku z obecną sytuacja. A jeśli się zdecyduje na emigracje, to będzie to bardziej świadomy krok niż był mój ponad 7 lat temu.


6 myśli na “Emigracja w odcieniach szarości, czyli osobiste wyznanie z mieszkania na obczyźnie”

  1. Uważam, że taki tekst „z życia”, opisujący na podstawie własnych doświadczeń, jak ta emigracja w zasadzie wygląda, jest bardzo ważny i potrzebny, bo wiele osób ma właśnie mocno zero-jedynkowe myślenie w temacie, a w praktyce to jest bardzo skomplikowane i doskonale to przedstawiłaś. Może jak to przeczytają, to trochę lepiej zrozumieją, o co w tym wszystkim chodzi.

    PS. Też nie rozumiem tych zachwytów, że samolotem to w godzinkę lub dwie w tyle miejsc można się dostać. Przecież sam dojazd na i z lotniska zajmuje drugie tyle plus opóźnienia, plus ogarnianie samego lotniska… Brrr, ja tam się cieszę, że latam bardzo rzadko.

    1. Wszystko się zgadza – zawistni Polacy, łzy w pierwszą Wigilię poza domem, samotność. Rodzina której tak bardzo brakuje ale która nie do końca rozumiem dlaczego wyjechaliśmy.
      Niech sobie tam w internetach fantazją o ucieczce przed tą złą Polską. Nawet nie wiedzą że ona tak naprawdę nigdy ich nie opuszcza bo ciągną ja za sobą za te wszystkie granice. Na emigracji zderzasz się z wyobrażeniami o samym sobie. No jak to? Ja po magisterce i praca na stacji benzynowej. Później idziesz dalej, następna jest już trochę lepsza. No i wiara że znajdziesz taką, którą Cię kręci a nie tylko pozwoli opłacić rachunki.
      Znajomi którzy zostali w Polsce też bywają samotni. A ich święta to nie zawsze sielanka. Strach o kasę przyćmiewa im to rozsławione piękno wiosny i smak świeżych owoców.
      Na emigracji dojrzałam. Możliwe że się na niej zestarzeje. Kto wie.
      Dziękuję za podzielenie się twoją historią.
      Pozdrawiam
      Ewa

  2. Brawo za szczerość p Gryzipórka:)!
    Doceniam bardzo subiektywne odczucia .
    Kibicuje i będę czytać dalej ☘️👌

  3. Mam podobne odczucia, zwłaszcza odnośnie tego, co piszesz o Polakach (szybko też zauważyłam, że jeśli trzyma się bardziej międzynarodowej grupy, to i horyzont się poszerza i łatwiej się zaadaptować) i postrzeganiu przez rodzinę/znajomych w Polsce.

    „Zarabiasz w euro, masz kasę, to kiedy się dorzucisz do…?” – bez świadomości, że w błyskawicznie drożejącym Dublinie połowa tych euro szła na wynajem mieszkania (a jedzenie, rachunki i tak dalej to osobna sprawa). Plus brak zrozumienia, że lot do Polski to spory wydatek i w gruncie rzeczy zżera oszczędności.

    No i niestety, większość ludzi jest „tradycyjnie socjalna”, czyli jak Cię nie ma w pobliżu, to powoli przestajesz istnieć. Przeprowadzka do Irlandii kosztowała mnie ok. 95% znajomych z Polski. Przeprowadzka z Irlandii do USA – ok. 90% (bo ludzie na emigracji są jednak bardziej przyzwyczajeni do tego, że ludzie się przenoszą i trochę bardziej pozostają w kontakcie).

    Z tego powodu ludzie też nie rozumieją, że emigracja oznacza budowanie relacji od nowa. Nie znasz swoich sąsiadów, bo nie dorastałaś z ich dziećmi albo nie podlewali Twoich kwiatków jak pojechałaś na urlop. Nie masz silnych wspomnień związanych z otaczającym Cię miastem, no i trzeba się przyzwyczaić do innego stylu życia, innej mentalności, innego sposobu nawiązywania relacji. I że często brak dużej sieci wsparcia, jaką jest rodzina i znajomi, więc wszystko może stać się trudniejsze, ze wszystkim trzeba sobie samemu radzić. Stracisz pracę? Nie masz rodziców, którzy Cię przenocują w Twoim dawnym pokoju, żeby było taniej. Rozchorujesz się? Jak nie jesteś w związku, to czołgaj się sama do apteki albo i do kuchni, żeby jakieś jedzenie zrobić. Z drugiej strony pozwala to docenić ludzi, którzy wokół Ciebie są w takich chwilach.

    Z drugiej strony ja decyzji o emigracji nie żałuję. Generalnie nie cierpię na „homesicka” (jak to się u nas w Dublinie mówiło) i czuję się „w domu” (ale ja specjalnie rodzinna nie byłam jeszcze przed wyjazdem – podejrzewam, że dla osób z silniejszymi więziami/potrzebami relacji jest to trudniejsze). Jak odwiedzałam Polskę, to z jednej strony żal było potem wyjeżdżać, a z drugiej jednak pozostawała świadomość, że w Polsce mało kto za mną tęskni i nawet starzy znajomi mają własne życia i problemy, których nie jestem częścią. Pogodziłam się z tym.
    Obecnie w Polsce nie byłam od 5,5 lat. Poleciałabym, ale finanse plus pandemia stoją na drodze i w gruncie rzeczy może lepiej?

    PS Fun fact: jak pisałam urban fantasy osadzone w Dublinie, w ramach realizmu osadzając Polkę w roli głównej bohaterki, to wszyscy beta readerzy z Polski poza jednym narzekali „Czemu ona nie tęskni nie Polski? Nie marzy o tym, by wrócić?” itd. Tylko jeden zrozumiał, że nie wszyscy emigranci cierpią katusze żyjąc poza krajem i tylko czekają, aż wyimaginowana góra złota będzie wystarczająco duża, by wrócić.

    1. Jakie to prawdziwe z tym przenocowaniem u rodziców i czołganiem się do kuchni! Wprawdzie tu w UK nie musiałam, ale przed wylotem też się musiałam zameldować chwilowo u mamy i nie było „co ja teraz zrobię”.
      Ja mam wrażenie, że na emigracji też trochę „skóra twardnieje”. Pewne rzeczy zaczyna się przyjmować inaczej. Co jest bardzo na plus.
      Teraz też już nie mam homesicka. Tzn. czasami mam, jak za długo w Polsce posiedzę, to chce wracać na moje śmieci w Mieście Fabryk i Magazynów. I nawet się do tej mieściny przyzwyczaiłam – nie wyobrażam sobie mieszkania w jakimś Londynie (trzymając się Angielskich granic).
      Moją najwierniejszą przyjaciółkę z Polski, jeszcze z piaskownicy, to ja widzę raz na 2 lata pewnie, bo ona też już nie mieszka w rodzinnym mieście, więc jest niezwykle ciężko zgrać grafiki, gdy jestem w Polsce. Ale to też daje pewne wyobrażenie o relacjach, bo została mi ona jedna z tych ludzi, których znałam osobiście przez lata. Reszta to znajomości internetowe, poznane dzięki wspólnym zainteresowaniom itp. I tak jest chyba nawet lepiej 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *