Sentymentalne obsesje azjatyckie: Korea — dramy i k-pop

To nie będzie aż tak bardzo sentymentalny wpis, bo moja obsesja nie zdążyła się zestarzeć i stworzyć wokół siebie pewnej nostalgicznej otoczki. Z drugiej strony, moja maniakalna potrzeba pochłaniania kolejnych tytułów mocno w tym roku przygasła i mam wrażenie, że niedługo będę mogła o niej mówić w czasie przeszłym. Bo tak, mam pewien mały i chwilowy dramowstręt — zdarza się i trzeba zwyczajnie przeczekać.

Ten wpis to 3 części cyklu, w którym pokazuję co mnie ukształtowało na przestrzeni lat. Wcześniej opowiadałam już o mandze i anime oraz o Bollywood. Takie tam ciekawostki z życia Iwony. Ale żeby już za bardzo nie przedłużać, to przechodzę do mojej ostatniej obsesji — dziś opowiem nieco o tym, co koreańskie.

K-pop i BTS

Zaczęło się od tego, że obejrzałam sobie jak Try Guys robią k-con. Okej, nie robią, ale biorą w nim udział i uczą się o różnych rzeczach. Między innymi o k-popie. Mała wycieczka w bok — jeśli słyszałeś Gangnam Style, to już trochę wiesz, co to jest k-pop. Po Try Guys zaczęłam nieco kopać w YT i odnalazłam kilka filmików z cyklu YouTubers reacts to K-pop, posłuchałam, sama wygrzebałam piosenki i trochę wpadłam.

Chłopcy z BTS, czyli Bangtan Sonyeondan. Od lewej: Suga, Jin, RM, Jungkook, Jimin, V i J-hope. Dawno mnie żaden zespól tak nie wkręcił, ale to było bardzo pozytywnie 😉

Gdyby ktoś chciał prawie definicję, to k-pop nie jest niczym innym jak koreańskim popem, ale takim dość specyficznym, bo bardzo komercyjnym i nastawionym na robienie pieniędzy (niekoniecznie dobrej muzyki). Chociaż k-pop traktuje się nieco jako taki odrębny gatunek muzyczny, to wykonawcy czerpią z różnych źródeł i można w nim znaleźć wiele odniesień i nawiązań. Poza tym, k-pop staje się globalny i mocno atakuje świat.

Na przykład chłopcy z BTS. Na marginesie, to był pierwszy zespół, którego zaczęłam słuchać więcej, niż jeden utwór. Mam do nich taki maleńki sentyment, i zawsze wyczekuję na kolejny comeback (bo comeback to po prostu nowy album, nowe wydanie, mówiąc po kpopowemu). Więc chłopcy z BTS zaczynają nagrywać kawałki ze światowymi artystami, np. Steve Aoki czy Nicki Minaj (jak klikniecie, to przekieruje was do piosenek na yt), które w UK puszcza radio BBC1. Ostatnio też żeńska grupa BLACKPINK nagrała kawałek z Dua Lipą, które też puściło której angielskie radio (jechałam autem i szokłam).

Lubię nadal k-pop, bo świetnie potrafi obudzić i naładować energią na resztę dnia.

To nie jest do końca k-drama, ale „Dramaworld” jest tak genialną produkcją, że polecam ją zawsze i każdemu. Była dostępna na Netflixie, teraz nie jestem już pewna.

K-dramy, czyli koreańskie seriale

Ja wprowadzenie do dram robiłam już kilka razy. Na blogu był wpis w dwóch częściach, który można poczytać TUTAJ i TUTAJ. Ale zdecydowanie aktualniejszy wpis jest na blogu Kreatywy. Cokolwiek teraz tutaj nie napisze, będę się powtarzać, ale warto wspomnieć, ze podobnie jak z k-popem, moje pierwsze spotkanie odbyło się za pośrednictwem filmików z YT. Potem uznałam, ze sprawdzę na własnej skórze, z czym to się je.

I zaczęłam od klasyka (okej, może nie tak bardzo, ale jednak od czegoś mega popularnego i wtedy z rekordową oglądalnością): My Love from the Stars. Było dziwnie, nie było tak strasznie, chciałam więcej.

„Because This is My First Life” – jedna z lepszych k-dram zeszłego roku. Jedna z nielicznych, gdzie scenarzyści umieli w postacie kobiece 😀

Do tego momentu, po 3 latach oglądania k-dram, mam na swoim kącie 109 tytułów. Nie wiem czy to dużo, ale średnio daje mi to ok. 3 seriali na miesiąc, a to bywa sporo. Zależnie od długości dramy. łatwo obliczyć, że musiałam na nie przeznaczać większość część mojego wolnego czasu, i inne rzeczy na tym ucierpiały. Zatem nie płaczę teraz, że chwilowo do nich mnie nie ciągnie.

Dla zainteresowanych, to w zakładkach jest pełna lista moich obejrzanych k-dram. Można też nie szukać, można kliknąć TUTAJ.

C-dramy i j-dramy, nie tylko Korea

Bo to nie jest tak, że tylko Korea robi dramy (wszyscy robimy dramy, ale nieco inne), ale wydaje mi się, że z powodu długości robi je najbardziej przystępne. Od dawna obiecuję sobie, że obejrzę więcej chińskich produkcji i więcej japońskich produkcji (na Tajlandię chyba jeszcze nie jestem gotowa, ale pewnie kiedyś też). Do tej pory udało mi się obejrzeć When a Snail Falls in Love – uroczą kryminalną c-dramę, o której nawet pisałam na blogu. I o ile chcę więcej, to troche mnie odstrasza język. Bo oni tak szybko mówią i tak dużo, a ja nie nadążam czytać… Z j-dramami jest nieco lepiej, tutaj osłuchałam się przy anime, ale i też widziałam aż dwie dramy. Dawno temu obejrzałam sobie Pretty Guardian Sailor Moon, gdy jeszcze nie wiedziałam, że to azjatycka drama. Swoją drogą pluszowa Luna do tej pory mnie bawi. A później, gdy już chciałam coś zobaczyć, zdecydowałam się na pierwszy sezon Hana Yori Dango, które jest jedną z wersji Boys Over Flowers (tzn. BOF to jedna z wersji ekranizacji tej samej mangi – Hana Yori Dango, ale chodzi o to, że to ta sama historia, a BOF widziałam jako pierwsze).

„When a Snail Falls in Love” – moja jedyna c-drama na koncie, ale jakże była dobra. Jak ktoś lubi zawiłe kryminalne seriale, to ten tytuł jest dla niego.

Na pewno wrócę do dram. Możliwe, że skusze się czymś na święta, a jak nie, to na pewno po nowym roku, bo tyle mam do nadrobienia.

Kącik filmowy

Na wstępie powinnam wspomnieć, że z kinem azjatyckim miałam już swoje małe i wielkie spotkania. Bo miałam małą fazę na „latających chińczyków”, kiedy pojawił się Przyczajony tygrys, ukryty smok (czemu mam wrażenie, że to były imiona, i ten tytuł jest zapisany źle?). Na tej fali, małej , bo małej, obejrzałam Hero i fragmentarycznie Dom Latających Sztyletów (koniecznie muszę to nadrobić dnia któregoś). I coś mi z tego zostało, bo już później oglądałam chiński Monkey King, czy taki amerykański familijny film The Forbidden Kingdom. Ale też zachwycałam się Pijanym mistrzem z Jackiem Chanem.

Kolejną małą fascynacją, która niezwykle szybko odeszła, były japońskie horrory. To był ten moment, kiedy pojawiła się amerykańska wersją The Ring. I ja bardzo chciałam obejrzeć też Ring 2, ten japoński. I zrobiłam to – obejrzałam film o 8 rano, w dzień, nie był straszny, nic nie zrozumiałam, bo napisy pojawiały się na jasnych tłach i nie dało się czytać. Ale na fali obejzrałąm kilka innych filmów: dwie części Azumi czy Zatoichi (do tej pory pamiętam okropną komputerowa krew, tak bardzo nienaturalną).

Ten plakat mówi tak wiele, a jednocześnie tak mało. Polecam oryginalnego „Oldboya” nie ten amerykański remake.

Teraz, przy mojej fascynacji dramami, próbuje też oglądać filmy azjatyckie. Ciągnie mi do nich mniej, ale czasami kieruję się dziwnym opisem, albo znanymi mi z dram aktorem. Efekt bywa różny, i też nieco inny. Nadal uważam, że poszerzam moje kulturowe i popkulturowe horyzonty, i to jest dobre. Bo taki Oldboy był cudnie zakręcony.

Język i jedzenie

Nie byłabym sobą, jakbym nie poszła o krok dalej. Z tym językiem, to lekki niewypał, bo i owszem, nauczyłam się czytać hangul, ale mój zapał jakoś szybko opadł. A nawet zainwestowałam w podręcznik jakiś, który ma niestety złą transkrypcje (nie żeby to było ważne, bo nie powinno się uczyć innych języków przez transkrypcje na alfabet łaciński). I nie mówię, że nigdy już nie wrócę, może znów mnie najdzie i jednak skorzystam z tych książek.

Z jedzeniem za to jest już zdecydowanie lepiej. Kupiłam sobie nawet 2 książki kucharskie z kuchnią koreańską, i czasami cos z nich próbuję robić. Okazuje się, że to totalnie moje smaki, a kimchi już na stałe gości w mojej kuchni. Robię je sama, a bardzo dobry przepis znalazłam na blogu Jadłonomia — nie wiem jak bardzo ono przypomina takie oryginalne domowe, ale że nie mam jak porównać, to zachwycam się tym, które ja robię.

Ogólnie nie próbowałam gotować bardzo wielu potraw, ale te, na które się odważyłam zawsze smakowały cudnie. Mąż też się zachwyca, a przecież to najważniejsze.

Podsumowanie

Wypadałoby mi w tym miejscu podsumować cały cykl. wyciągnąć jakieś wnioski? Cieszę się, że jakimś cudem zapałałam miłością popkulturową do dzieł dziwnych i dalekich. Bo przecież dziwny, znaczy wyjątkowy! Lubię się zachwycać rzeczami nietuzinkowymi, nie wstydzę się moich obsesji (czego dowodem są te 3 wpisy), ale nauczyłam się tez nie wpychać ich nikomu na siłę. Jak ktoś pyta, to polecam jeden czy drugi tytuł, i raczej zastanawiam się nad tym, który polecić, żeby nie zrazić na start. Dobrze jest być otwartym na inność i nowości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *