Sentymentalne obsesje azjatyckie: Bollywood — roztańczone Indie

Z pisaniem cykli mam taki problem, że jak w pierwszej części stworzę jakiś kolosalny wstęp do tekstu, to w kolejnej brakuje mi słów by zacząć ciekawie i z przytupem. No więc zaczynam opowieścią o tym niemiłym fakcie. Jednocześnie ta część moich azjatyckich wspomnień będzie na pewno krótsza, bo i mieści się w mniejszych ramach czasowych.

I wypadałoby zacząć od samego początku: jak to się stało, że zetknęłam się z Bollywood? Wydaje mi się, że to był rok 2006 (pamięć może mnie zawodzić i mogłam się pomylić o jeden rok w którąś stranę), 14 luty, mój tato z porannego wyjścia po świeże pieczywo przyniósł również świeżą gazetę — „Nowy Dzień”. I wydaje mi się, że kupił ją właśnie dlatego, że do gazety dołączony był film na płycie DVD  Czasem słońce, czasem deszcz. Taka tam płytka w kartoniku, najtańsze opakowanie pod słońcem.

To był ten moment w moim życiu, kiedy smużka po anime jeszcze się gdzieś tam za mną ciągnęła, oglądałam bardzo dużo filmów i chyba nie miałam chwilowo żadnej sensownej obsesji. Tato, dziękuję Ci za tę niepozorną płytkę z KKKG, której już nie mam, po pożyczyłam i ta osoba (nawet nie wiem już kto) już mi jej nie oddała.

Tak wyglądał kartonik z „Kabhi Khushi Kabhie Gham”, który pojawił się w Nowym Dniu.

A dlaczego pokochałam Bollywood? To jest bardzo prosta odpowiedź: muzyka, taniec i piękne kolorowe stroje.

Kopciuszek po indyjsku

Tak był reklamowany wspomniany wyżej film w kartoniku. Tylko problem jest taki, że bardzo dużo bollywoodzkich historii to opowiedzenie na nowo kopciuszka, więc jak dla mnie reklama dość nietrafiona. Czasem słońce, czasem deszcz zabrałam ze sobą na noc filmową (miałam grupę koleżanek, z którymi raz na jakiś czas spotykałyśmy się na noc na weekend i oglądałyśmy filmy do rana; to było wydanie walentynkowe), gdzie okazało się, że ten film trwa wieczność. Pierwszy raz oglądałam coś dłuższego niż 3 godziny (nie jestem już pewna, czy obejrzałam najpierw sama w domu, czy od razu zabrałam płytę na wspólny seans). I na dokładkę, miałam problem z odróżnianiem kobiet. I Kajol, i Rani wyglądały dla mnie tak samo, co zdaje mi się czymś niemożliwym z perspektywy czasu.

Kabhi Khushi Kabhie Gham obejrzałam ze 3 razy na początku i zakochałam się i chciałam więcej i inne. I wiecie co, potem „Pani domu” postanowiła zasypać nas płytami z Bollywoodem (i nie tylko „Pani domu”), więc miałam co oglądać.

Bo prawdziwy mężczyzna to ten, który oddaje swoje serce. Tak twierdzi Rahul w „Kabhi Khushi Kabhie Gham”.

Cudowność SRK i Kajol

Po prawdzie, tak jak wielu innych fanów, zakochałam się w duecie Kajol i Shah Rukh Khan, którzy grali główne role w KKKG. I postanowiłam obejrzeć wszystkie filmy, w których grali razem. Więc widziałam ich pierwsze filmy Karan Arjun oraz Baazigar z 1995 roku; widziałam Kuch Kuch Hota Hai z 1998; oczywiście wspominane już Kabhi Khushi Kabhie Gham z 2001 oraz My Name is Khan z 2010 roku. I pewnie komuś się wydaje, że minęłam jeden tytuł z 1995? Nie, zrobiłam to specjalnie, bo Dilwale Dulhania Le Jayenge (po polsku Żona dla zuchwałych) to mój all time fav Bollywood. Zresztą film był wyświetlany w jakimś kinie przez 20 lat albo i więcej, to znaczy, że jest już super-klasykiem i każdy fan znać go powinien.

I nie wspomniałam o „najnowszym” filmie SRK i Kajol — Dilwale, bo go jeszcze nie widziałam, ale mam go na mojej netflixowej liście, więc niebawem nadrobię. Możliwe, że gdy to czytacie, to nawet już to zrobiłam. Bo mam pewien moment bollywoodzki i chcę obejrzeć kilka filmów tej jesieni.

Moi ulubieni aktorzy poprowadzili mnie po sznurkach do innych produkcji — dzięki temu poznawałam nowych aktorów i tak dalej to szło.

Festiwal filmowy

To taki mały epizod z mojego życia. Multikino swojego czasu organizowało małe festiwale filmowe, które polegały na wyświetlaniu Bollywoodzkich produkcji przez tydzień. Nie wiem ile edycji tego wydarzenia było, ale przynajmniej dwa. I kiedy trafił on do mojego rodzinnego miasta wybrałam się chyba na 2 albo 3 filmy, bo sporo z nich już widziałam i też nie mogłam pozwolić sobie na wszystkie. Jestem pewna, że obejrzałam Chak De! India oraz Guru.

Dogrzebałam się w internetach zestawu filmów z tego festiwalu, to była pierwsza edycja (a chyba w sumie były 3) w 2008 roku:

  • 1 kwietnia – Guru
  • 2 kwietnia – Yuva
  • 3 kwietnia – Ta Ra Rum Pum
  • 4 kwietnia – Jhoom Barabar Jhoom
  • 5 kwietnia – Dhoom:2
  • 6 kwietnia – Chak De! India.

Z tego zestawu do tej pory nie widziałam tylko Ta Ra Rum Pum. Może kiedyś nadrobię, ale nie wiem czy warto.

Co ja widziałam

Sama nie pamiętam, ile filmów obejrzałam w zaciszu domowym, bo pochłaniałam je i wyszukiwałam coraz to nowe rzeczy do oglądania. Pamiętam, że niezwykle podobała mi się bollywoodzka wersja Otella — Omkara, z niezwykłym wręcz Saif Alim Khanem (który grając złe, lub szare charaktery wypada wręcz niesamowicie dobrze). To chyba od tego momentu próbowałam szukać czegoś więcej, niż tylko kolejnej historii kopciuszka.

Samo spojrzenie Saif Aliego Khana jest tutaj zabójcze, uważam, że grał tu świetnie i tu go właśnie polubiłam.

Z dorobku SRK to bardzo miło wspominam Main Hoon Na czy Kuch Kuch Hota Hai. Z nieco jego nowszych (nie super nowych, bo maniakalnie Bollywoodów nie oglądam już jakieś 8 lat) to zdecydowanie Om Shanti Om czy Billu. Ra.One też było świetne, kiedyś pisałam o nim na BH2.0 (można zerknąć i poczytać póki jeszcze jest w sieci).

Zazwyczaj skakałam po filmach za aktorami, ale miałam moment, że zachwyciła mnie kolejna para: Kunal Kapoor i Konkona Sen Sharma. Więc widziałam z nimi Podróż kobiety (Zresztą tutaj Rani Mukherjee jest świetna; nie udało mi się znaleźć transkrypcji oryginalnego tytułu, albo za mało szukałam) oraz Aaja Nachle (iwleki powrót Madhuri Dixit do filmów).

Najstarszy film jaki widziałam to Don z 1978 (te dwa nowe też widziałam), w którym główną rolę grał Amitabh Bachchan (ostatnio można było go oglądać w Wielkim Gatsbym; do jet ten wielki i sławny aktor, dla którego podpisu bohater Slumdoga skacze w gówno). Zarówno on, jak i jego syn Abhishek mają kilka fajnych ról na koncie, uśmiałam się na całej serii Dhoom.

Nie potrafię nawet wymienić sensownych tytułów, bo dużo miesza mi się w jedno. Oglądałam kiedyś jakiś dziwny horror, trochę tandetny, ale nie przypomnę sobie długiego tytułu. I pamiętam, że miło mnie zaskoczył film z Priyanką Chopra pod cudnym tytułem 7 Khoon Maaf z 2011 roku.

Nie tylko Bollywood

Poza najbardziej znanym Bollywood, jest też chociażby Tollywood czy Kollywood, i chyba nawet Mollywood, i pewnie jeszcze inne woody. Tak na prawdę, kino indyjskie powstaje w każdym możliwym języku i dialekcie, i nazywa się inaczej w zależności od niepisanej stolicy kinematografii. Nieco więcej wiedziałam gdy faktycznie siedziałam w temacie. O dziwo, nigdy nie zapuściłam się aż tak bardzo w te inne woody, i chyba nie widziałam niczego poza najbardziej rozpoznawalnym bolly.

Obok tego mamy też bardziej ambitne kino indyjskie, którego przedstawicielem może być np. Rikszarz  to chyba jeden z nielicznych filmów nie-bolly, które widziałam. Oglądałam go razem z Mężem i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Czasami sobie myślę, że chciałabym więcej takich, ale jakoś się nie składa.

Kadr z „7 khoon maaf”, film o kobiecie, która miała 7 mężów i wszyscy zginęli. Świetna obsada i Priyanka nie jest drewnem.

Kulinarne eksperymenty

Wydaje mi się, że Bollywood to był ten moment (no i już byłam dorosła), kiedy zaczęłam interesować się gotowaniem. Bo i też szukałam informacji o zwyczajach i kulturze Indii, a ponieważ kocham jeść, to i jedzenie stało się jakimś tam elementem, do którego dotarłam. Za wiele nie gotowałam, bo i składniki wtedy w Polsce były dla mnie niedostępne i nieco za drogie. Wydaje mi się, że paczkę mąki z cieciorki dostałam od znajomego z większego miasta i dzielnie postanowiłam zrobić ladoo. Mój cukier się nie rozpuścił w cieście, namęczyłam się robiąc klarowane masło (tak, sama zbierałam szumowiny z garnka) i poparzyłam sobie lekko palce, jak robiłam kulki z ciasta. Nie smakowało najlepiej.

Oczywiście próbowałam gotować jakieś proste curry, które pewnie nawet nie były indyjskie. Teraz w UK mogę sobie kupić sos w słoiku i udawać, że coś umiem, albo zamówić indyjskie żarcie na telefon. Ale miałam okazję jeść też takie prawdziwe, domowe samosy — pyszności.

I nie mam już parcia na gotowanie. Okazało się też, że kuchnia indyjska nie jest moją ulubioną.

Pozostałości i inne

Posiadam moje własne saree, ale leży w pudełku w Polsce. Jest zielone i potrafię je sama założyć. Niestety nie mam choli, bo mój materiał ma je nie odcięte i nie uszyte (nie pytajcie). Mam indyjskie bransoletki, też zielone, bo jak to Anjali śpiewała: Piękne są moje nadgarstki, spraw bym założyła zielone bransoletki, uczyń mnie swoją najdroższy mój.

Jeśli oglądaliście „Indianę Jonesa i świątynię zagłady” to powinniście kojarzyć tego wściekłego ojca po prawej. Najlepsze kurwiki w oczach w Bollywood ever. Tutaj kadr z „Dilwale Dulhania Le Jayenge”.

Jedną z moich miłości stały się piosenki. A nawet małą obsesją. Słuchałam non stop (siostra płakała, ze znów mi coś pieje), tańczyłam jak nikt nie patrzył, i do tej pory uważam, że muzyka z Bolly nadaje się najlepiej na zumbę.

A czy wy wiecie, że kilka Bollywoodów kręcili w Polsce? Np. Zakopane udawało Kaszmir w Fanaa z Aamirem Khanem i Kajol, a rok czy dwa lata temu Salman Khan udawał, że Warszawa jest Londynem w swoim kolejnym filmie akcji.

Podsumowanie

Okazjonalnie nadal oglądam jakieś filmy, albo powtarzam sobie to, co kiedyś mi się spodobało. Niestety moje płyty DVD są w Polsce i posiłkuję się Netflixem głównie. Jak widać, jednak miałam o czym pisać o w tych sentymentalnych wyznaniach, bo wydaje mi się, że obejrzałam więcej bollywoodzkich filmów niż tytułów anime. I odnajduję w sobie pewien wzorzec, bo zaczynając od pewnego elementy kultury/popkultury danego kraju, od razu wpadam też w wir jedzenia, zwyczajów, strojów, a nawet języka. I mam pewną obsesję przez kilka lat.

Pisząc ten tekst, nagle odżyła moja miłość i pewnie obejrzę kilka tytułów zanim mi przejdzie. W planach chociażby Happy New Year czy Raees. No i jeszcze Fan, o ile gdzieś go znajdę.

ps. Tak, obejrzałam już Dilwale, z moim kochanym Mężem, który nie omieszkał komentować i się śmiać.

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *