Przeczytałam: Winter by Marissa Meyer

Moją przygodę z The Lunar Chronicles zaczęłam jeszcze w 2015 roku, prawie 3 lata temu. I pierwsze trzy tomy połknęłam w sześć dni – dwa na każdy. A potem przyszło mi czekanie na Winter, której nie przeczytałam w równie szaleńczym tempie. Czy coś poszło nie tak?

Kiedy poznałam Cinder, a później również Scarlet i Cress, to zakochałam się w tych nietypowych retellingach baśni, jakie zaserwowała czytelnikom Meyer. I ponieważ, jak już wspomniałam, ja pochłonęłam 3 pierwsze tomu Sagi księżycowej, to bardzo czekałam na Winter. Bardzo. Dodam, że Królewna Śnieżka była zawsze moją ulubioną baśnią, więc liczyłam na coś spektakularnego, bo przecież tam tyle knucia i zamachów.

Zanim się jednak zabrałam za Winter, to przeczytałam ten połówkowy tom serii, jakim jest Fairest – w końcu poznanie historii Złej Królowej było bardzo ważnym punktem, bez którego nie wyobrażałam sobie czytania dalej. Jak już przeczytałam opowieść o Levanie, to potem miałam ochotę od razu wskoczyć w kolejny tom – i tu spotkała mnie jakaś blokada.

Przyznam się, że przeczytanie Winter było dla mnie wyzwaniem. Kiedy już zabrałam się za to na poważnie, to nie było tak źle, ale dojście do tego momentu trwało jakiś rok. Powieść natomiast przeczytałam w jakieś 2 miesiące, które trwały od początku października do 21 lutego. Tak, zaginam czasoprzestrzeń. I wiem, że to nie są 2 miesiące kalendarzowe, ale czytałam sobie przez kilka pierwszych dni października, a potem do lektury wróciłam dopiero w styczniu (tutaj należy pamiętać o listopadowym NaNoWriMo i grudniowym przemęczeniem organizmu). Co dało mi mniej więcej 2 miesiące. Nie są to dwa dni, ale starzeję się już…

Zacznę od tego, że powieść wcale nie była tylko i wyłącznie historią księżniczki Winter. Domykała ona wszystkie wątki i wszystkie inne historie, więc miała aż cztery główne bohaterki. I to był dla mnie jakiś dziwny problem, jakaś bariera, bo przeskakiwanie między poszczególnymi „księżniczkami” strasznie rozbijało mi rytm czytania. Nie potrafiłam się skupić na treści, a przygody wcale nie wydawały mi się tak bardzo interesujące jak wcześniej. Dorosłam? Czasami miałam wrażenie, że numer strony w moim wydaniu ebooka wcale się nie zmienia, a on miał ponad 800 stron.

Z kolei sama Winter była nijaka. O ile pomysł na bohaterkę był ciekawy – jej rodowód jest wręcz fascynujący – to wypadała ona dla mnie blado na tle innych. Nie wzbudzała mojej sympatii – miałam jej więcej dla młodej Levany z jej solowej mini-powieści.

Ale dałam powieści aż 4/5 na goodreads, więc chyba jednak coś mi się podobało?

Kilka wątków było całkiem fajnych. Bardzo kibicowałam Cress i Kapitanowi Thornowi – chyba najlepsza para w całym cyklu. No dobrze, Thorne to najlepsza postać w całym cyklu, a zaraz po nim jest najlepszy android na świcie, Iko. Bo kto może być ciekawszy od androida, który czasami zapomina, że nie jest człowiekiem?

I jeszcze ślub Kaia z Levaną. No dobrze, książę Kaito nie jest wybitna postacią – jest takim no… księciem. Ale ja cały czas myślałam, że już, zaraz, za chwilę wyskoczy Cinder, i nie pozwoli ani na ślub (ok, próbowała), ani tym bardziej na koronację. A tymczasem nie. Raz dwa i Levana jest cesarzowa a książę może co najwyżej przełknąć kilka niemych przekleństw. Więc tak, ostatnie rozdziały miały w sobie nieco więcej emocji, i faktycznie chciałam dowiedzieć się co dalej. Z pewnymi rozwiązaniami się nie zgadzam – Wolf mógł być nieco dłużej łaknącą krwi bestią. Ale wszystkiego mieć nie mogę i to jest powieść dla ludzi połowę młodszych ode mnie (trzeba brać na to poprawkę).

Meyer ciekawie podeszła do motywów z Królewny Śnieżki:  zatrute jabłkowe ciasteczko, czy futurystyczna wersja szklanej trumny. Ale nic nie przebije nowoczesnej, księżycowej gromady 7 krasnoludków. Nie chcę za bardzo spoilerować, ale już to chyba zrobiłam.

Winter nie spełniła moich oczekiwań – a to dlatego, że ja za bardzo chciałam, żeby było spektakularnie. Moja przerwa w czytaniu serii też pewnie zrobiła swoje, bo już części rzeczy zwyczajnie nie pamiętam. Uważam, że jest to bardzo dobra seria, i bardzo ciekawy retelling. Polecam wszystkim szesnastolatkom!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *