Przeczytałam: Wietrzne katedry tom 1

Twórczość Reystone poznałam na samym początku jej pisarskiej drogi, czytałam Dziewiątego Maga wydanego jeszcze przez Red Horse, który zbierał najróżniejsze recenzje. Jedni wychwalali, inni mieszali z błotem. Ja sama, widziałam niedociągnięcia warsztatowe, ale to była taka historia, którą ja bałam się napisać, więc zapałałam pewną sympatią do autorki, jak i do jej bajki. I bardzo ucieszyłam się, gdy Nasza księgarnia postanowiła wydać całość Dziewiątego Maga jeszcze raz, a nawet skosiła autorkę do dopisania kolejnego tomu serii. I niestety, czułam że ten 3 tom jest tym dopisanym – fabularnie nieco zgrzytało, ale nadal była to bardzo przyjemna lektura.

Reystone to bardzo sympatyczna kobieta, nie dość że pisze cudne bajki dla dorosłych, to jeszcze bardzo serdeczne wiadomości i emaile. Ale jakoś nic nie zapowiadało, że zdecyduje się na kolejne opowieści, aż tu nagle pojawiły się Wietrzne Katedry. I przyznam się, że gdzieś tam w mojej głowie zaczęły się porównania do poprzedniego cyklu autorki (bo wiecie, takie małe zboczenie zawodowe, chyba…).

Powinnam powiedzieć, że świat i fabuła, to taka typowa Reystone. Bo mamy sobie jakąś tam znaną nam współczesność, ale obok mamy wielkie gady – nie, tym razem nie ma smoków, ale są za to bazyliszki, viverny i feniksy, mamy elfy i inne rasy, mamy też magię i bardzo dziwne zwyczaje. Ja kocham czytać takie historie, dlatego też zawsze mnie ciągnęło do wszelkiego rodzaju urban fantasy. Ale po prawdzie, to nie potrafię zaklasyfikować powieści Reystone, bo do żadnej nie pasuje tak do końca – i chyba lubię jej określenie „bajki dla dorosłych”.

Tym razem, bohaterem jest mężczyzna. Richard to taki uciekający człowiek, który ma swoje małe i duże problemu, ale przypadkiem pakuje się w nieco większe spiski i szantaże. Oczywiście oprócz Richarda dostajemy sporo innych bohaterów, w większości męskich i bardzo rozbudowaną gadzią faunę. I wychodzi to autorce niezwykle barwnie, wydaje mi się też, że opisy tych stworów są bardzo prawdopodobne – myślę, że wpływa na to fakt, że Reystone jest z zawodu weterynarzem i zwyczajnie wie, o czym pisze.

Świat przedstawiony wydaje się być bardzo szczegółowy, a jednocześnie akcja rozgrywa się w bardzo małych przestrzeniach, dlatego miałam wrażenie, że dostaję jedynie jakiś mały skrawek tego wszystkiego, co oferują Wietrzne Katedry. Oczywiście to tylko pierwszy tom, więc mogę się spodziewać więcej w kolejnych. I patrząc na to, jak potoczyła się fabuła, nawet na pewno dostanę kolejny wyrywek tego niezwykłego świata.

Widzę duża poprawę warsztatowa u Reystone, co mnie bardzo cieszy – im lepiej jakaś bajka jest napisana, tym lepiej się ją czyta. Ale nadal mam wrażenie, że momentami bohaterowie mówią tak samo, co trochę zaciera ich granice, i nie wystawia ich charakterów czytelnikowi. W kilku dialogach nie miałam pojęcia kto akurat „do mnie” mówi i zwyczajnie musiałam sobie poszukać w tekście, albo i przeczytać dialog jeszcze raz, żebym zaskoczyło. Gdzieś tam w głębi siebie wierze, że autorka zwróci na to uwagę w kolejnym projekcie, bo jej kibicuję (taka ze mnie trochę fanka, a trochę internetowy penpal).

Wietrzne Katedry to też powieść w pewien sposób dziwna, bo bardzo powoli się rozwija, przez co bardzo wolno wciągałam się w historię. I kiedy byłam w połowie, to nadal miałam wrażenie, że nie wiem dokąd to wszystko zmierza – tak jakoś tajemniczo o zagmatwanie. Fabuła zawinięta niczym naleśnik, do którego musiałam się długo dobierać. A jak już zaczęło się dziać coś bardziej interesującego, coś co pchnęło akcję (nie, żeby się nic nie działo, tam się cały czas coś dzieje!) nieco mocniej do przodu, to tom 1 się skończył. Całe szczęście, tom 2 wychodzi na jesieni, więc będę mogła jeszcze w tym roku poznać dalsze losy Richarda i reszty drużyny klepsydrowej.

Mimo małych zgrzytów, podobało mi się – Reystone jest jedyna w swoim rodzaju, bo nie potrafię jej pisania przyrównać do nikogo innego. I nie jest też dla wszystkich, dlatego nie umiem ot tak zwyczajnie polecić Wietrznych Katedr. Ale jeśli są jacyś sympatycy fantastyki dziwnej, to może warto spróbować?


Tradycyjnie też przypominam, że moje poczynania książkowe można śledzić na GoodReadsLubimyCzytać (nie bójcie się zapraszać do znajomych) i Instagramie. Jestem też na Bloglovin’ i zBLOGowani, więc zapraszam do śledzenia. Nie zapomnijcie też o Facebooku i Twitterze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *