Przeczytałam: Song of the Dryad

O tym, że oglądam AuthorTube, wspominałam już kiedyś na blogu. Jedną z moich ulubionych autorek/twórczyń jest Natalia Leigh, która ma na swoim koncie kilka wydanych samodzielnie powieści. Muszę przyznać, że moje spotkania z selfpublishingiem były do tej pory różne — przykładem mniej udanej powieści może być Demonic Triangle.

Natalia Leigh zaciekawiła mnie swoją powieścią (mowa oczywiście o Song of the Dryad) do tego stopnia, że postanowiłam ją kupić. Nawet pomimo faktu, że autorka określa ją jako cosy contemporary fantasy oraz young adult — uznałam, że dam jej szansę. Chciałam zobaczyć jakie wróżki i inne stworzonka pojawią się na kartach powieści, a sam tytuł Pieśń Driady brzmi niezwykle pociągająco.

Dodatkowo Leigh opowiadała na swoim kanale o procesie twórczym dość często (jak przy swoim obecnym projekcie), I robiła to z taka pasją i entuzjazmem, które mnie bardzo zachęcały. Dzięki temu wiedziałam, że nie pisze swoich powieści na kolanie, ale poprzedza je riserczem, skupia się bardzo na redakcjach i poprawkach, współpracuje z beta-readerami, którzy pomagają jej w stworzeniu finalnej wersji tekstu.

O czym jest Song of the Dryad? To opowieść o siedemnastoletniej Charlotte, która widzi wróżki. Dziewczyna mieszka w małym miasteczku Mapletown, ma wspaniałą rodzinę, pełną ciepła i miłości, kocha grać na skrzypcach i jej świat wydaje się raczej sielankowy. Oczywiście do pewnego momentu, bo kiedy zderzy się ona ze światem magicznym, nic już nie będzie proste i zwyczajne. Charlotte musi sprostać sporemu wyzwaniu.

Powieść jest niezwykle ciepła, ma bardzo pozytywny przekaz. To taka prosta i sympatyczna historia, po której widać, że została napisana dla nieco młodszego odbiorcy (niż autorka bloga). I chociaż czułam, że niekoniecznie jest targetem dla Song of the Dryad, to niesamowicie mi się podobała. To jest dowód na to, że w selfie też można zrobić coś dobrze.

Oczywiście nic nie jest tak super idealne. Miałam z Charlotte i jej rodzina mały problem — weganizm. I nie, nie chodzi o to, że jestem zatwardziałym mięsożerca i uznaję wegan to za ludzi absurdu. Wręcz przeciwnie, podziwiam ludzi, którzy tak mogą żyć. Mój problem polega na tym, że sytuacja, w której cała rodzina jest wegańska, pije ziołowe herbatki, używa olejki eteryczne itd., wydaje mi się zupełnie obca. Zdaje sobie sprawę, że takie rodziny istnieją, pewnie w Ameryce nawet dość często. Sama Natalia Leigh jest weganką, nie raz tez zaznaczała, że w Charlotte jest do niej bardzo podobna — co nie jest dziwne wśród autorów (w końcu piszemy o tym, co dobrze znamy). Oczywiście to wszystko nie przeszkadzało mi w odbiorze powieści, ani w ogóle w czytaniu jako tako. Ale było na tyle inne i niespotykane w literaturze, że wyłapywałam te drobiazgi od razu i czułam się dziwnie (kocham mięso!).

Rytm powieści jest dobry, zaczyna przyspieszać kiedy powinien, i chociaż przed Charlotte nie pojawiają się niezwykle trudne przeszkody, to jednak akcja płynie dość wartko. Nie znalazłam żadnych zbędnych scen, które tak sobie wiszą nie wnosząc nic do treści. Raz czy dwa pomyślałam, że dziewczynie chyba idzie coś za łatwo, ale to raczej specyfika tego, do kogo kierowana jest historia, a nie wada złej fabuły.

Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się sięgnąć po Song of the Dryad. Mogłam zobaczyć, że samemu da się dopracować powieść i nie potrzebny jest do tego redaktor ze znanego wydawnictwa. Można samemu zbudować swoją markę. Można pisać bez soczystych romansów, krwawych wojen, zabójstw i wielu innych rzeczy; da się napisać ciepła powieść, którą docenią nie tylko nastolatki, ale też dorośli ludzie. Chciałabym, żeby takie perełki miały szanse pojawić się na polskim rynku wydawniczym, co oczywiście w przypadku selfów jest nieco trudniejsze.

Zdecydowanie polecam, jeśli macie ochotę na lekką, ciepłą i magiczną opowieść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *