Przeczytałam: Skrzydła

Nie pamiętam już jak dowiedziałam się, że istnieją Skrzydła. Możliwe, że wiadomość o powieści mignęła mi gdzieś na social media autorki, a może tytuł w rozmowie podrzucił mi jakiś znajomy czytacz. Wydaje mi się, że Ag. kilka razy wspomniała o tym, jak bardzo chce przeczytać, i ja też uznałam, że to może być dobre.

Jestem przekonana, że Skrzydła nadal byłyby na mojej liście do przeczytania, gdyby nie urodzinowy zbieg okoliczności i bardzo mili przyjaciele. I teraz sobie myślę, że to byłaby bardzo zła rzecz (gdybym ja tej powieści jeszcze nie przeczytała).

Z powieścią Karoliny Fedyk zrobiłam sobie maraton, taki mały i niezobowiązujący. Ponad 80% Skrzydeł przeczytałam w trzy dni, a potem miałam totalnego kaca po-książkowego — coś, co już bardzo dawno mi się nie zdarzyło. Bo to było takie WOW! Pisałam już zresztą na goodreads, jaka to była dobra lektura, jaka to była pyszna fantastyka.

Bo to jest tak, że debiuty bardzo rzadko są bardzo dobre, często są tylko dobre i ze względu na fakt pierwszego dzieła, przymykamy sobie oko na pewne niedociągnięcia (ja tak mam, potrafię wybaczyć zgrzyty, bo to debiut). Tymczasem dostajemy Skrzydła i OMG. Bo nagle się okazuje, że można napisać bardzo dobrą, dojrzałą fantastykę, i jednocześnie może być to pierwsza duża rzecz w dorobku pisarza/autora. I chciałbym dostawać takich więcej.

Na początku nie było mi łatwo. Autorka wrzuca czytelnika na głęboką wodę — gdzieś pomiędzy zagrania polityczne, społeczne niuanse, a nawet religijne przepychanki, i chwilę zajmuje połapanie się w tych wszystkich odnogach. Z drobnych elementów dowiadujemy się jak zbudowany jest świat, kto jest kim i do czego odnosi się dana terminologia. Lektura Skrzydeł wydawała mi się na początku wymagająca — nie mogłam wyrywać sobie 15 minut czytania przed pracą, bo ani nie zdążyłam się wciągnąć w powieść, ani nie zrozumiałam za wiele z wolno posuwającej się fabuły. Dlatego potrzebowałam mojego małego maratonu, takich dwóch godzin w kupie, żeby całkowicie zanurzyć się w świat Nowej Saady.

I było warto. Tak bardzo warto!

Mam wrażenie, że po lekturze Skrzydeł mam w sobie tyle pozytywnych uczuć i emocji, a jednocześnie ciągnie się za mną ten dziwny kac książkoholika, że nie potrafię ubrać wszystkiego w słowa. Takie słowa, które oddały by jak bardzo dobra jest to powieść.

Jestem pełna podziwu i uznania dla Karoliny, że udało jej się stworzyć coś tak wyjątkowego. I mam takie smutne wrażenie, że Skrzydła nie pojawią się na książkowych instagramach, nikt ich nie omówi na booktubach, bo czyta się głownie YA z syrenkami (najnowszy trend w literaturze młodzieżowej) i romansem w tle. A ja chciałabym, żeby takie dobre historie (które ponoć są dopiero pierwszym tomem) trafiały do czytelników ceniących sobie pełnokrwistych bohaterów, piękno ich ludzkich słabości oraz oryginalną i zawiłą fabułę. Bo to wszystko mają Skrzydła, a nawet więcej.

Życzę Karolinie samych pisarskich sukcesów i kolejnych tak dobrych pozycji. A po ciuchu trochę zazdroszczę, bo też bym chciała napisać taki debiut powieściowy. Nam pisarzom, pisarzynom i gryzipiórkom pozostaje postawić sobie Skrzydła jako wzór, i dążyć do doskonałości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *