Mój preptober, czyli nadchodzi listopad, szykujcie się

preptober-radosz

Jak się przygotowuję do kampanii listopadowej, czyli NaNoWriMo?

W tym roku już po raz szósty staję do walki o powieści, i po raz szósty zamierzam napisać co najmniej 50 000 słów w ciągu listopada. Dotąd zawsze udawało mi się przebić ten sufit, a w 2016 roku zakończyłam miesiąc z absurdalnym wynikiem 144 000 słów, co do dzisiaj budzi we mnie wątpliwości, czy to na pewno byłam ja. Powieść z mojego pierwszego NaNo, Szkoła wyprzedzania, znalazła nawet wydawcę i od pół roku jest dostępna na rynku. Mogę założyć, że coś tam o przygotowaniach do listopada wiem. Mam więc nadzieję, że moje doświadczenia i dla Was okażą się przydatne.

Do moich pierwszych dwóch NaNo szykowałam się jak na wojnę. Musiałam mieć dokładny plan i zrobiony, w miarę możliwości, cały research.

W przypadku roku 2015 i Szkoły wyprzedzania był to efekt debiutu. Nie miałam pojęcia, jak ugryźć 50 000 słów w miesiąc, nie miałam pojęcia, ile będę mieć czasu, chciałam więc w miarę możliwości maksymalnie przygotować sobie grunt, żeby w listopadzie faktycznie tylko pisać. Ponieważ jestem tą osobą, która uwielbia przepadać w króliczej norze researchu, bałam się, że czegoś nie sprawdzę przed listopadem, a potem cenne godziny zamiast na pisanie poświęcę na wertowanie książek i docieranie do krańców internetu. Postarałam się więc przygotować na wszelkie okoliczności: rozpisałam rozgrywki fikcyjnej ligi żużlowej, zrobiłam research geograficzno-topograficzny miast, w których dzieje się akcja — Togliatti i Sankt Petersburga (dostałam nawet plan tego drugiego, żebym mogła sobie na nim zaznaczać miejsca) — rozrysowałam mieszkania bohaterów (pamiętam to doskonale, bo zajmowałam się tym na wykładach w ramach Festiwalu Granda)… Miałam oczywiście przygotowane charakterystyki bohaterów, plan wydarzeń i rozpisaną intrygę kryminalną. Byłam pewna, że nic, ale to absolutnie nic nie może mnie zaskoczyć. A potem okazało się, że może i przygotowałam się na piątkę z plusem, ale powieść poszła swoją drogą i bohater, którego nazwiska potrzebowałam do jednego zdania, wziął sprawy w swoje ręce. Myślę, że gdybym nie miała planu, na którym po prostu na bieżąco nanosiłam modyfikacje, utonęłabym w połowie miesiąca. A tak zakończyłam moje pierwsze NaNo z gotową połową powieści i okazałym wynikiem 78 000 słów. Oraz gorącym postanowieniem, żeby robić to dalej.

Podobne przygotowania towarzyszyły kolejnej kampanii, ale z trochę innego powodu. W ramach NaNo 2016 pisałyśmy z przyjaciółką wspólną powieść, obie pijane ekscytacją. Musiałyśmy mieć bardzo dokładny plan wydarzeń, żeby móc w spokoju tworzyć oddzielnie i raz na dwa dni zlepiać nasze fragmenty tekstu w jedną całość. Oczywiście i wtedy nasz plan w pewnym momencie poszedł we własną stronę, ale ponownie: przynajmniej miałyśmy jakąś podstawę do wprowadzania zmian. Nie wyobrażam sobie pójścia na żywioł w tekście pisanym przez dwie osoby, w dodatku w miesiącu, kiedy wena wisi w powietrzu i dzieją się różne dziwne rzeczy.

Bo tak. Jeżeli nigdy nie braliście udziału w NaNoWriMo, ale znacie kogoś, kto brał, to te wszystkie opowieści o tym, co może stać się w listopadzie są w stu procentach prawdziwe. Twórca akcji opisywał je nawet w swojej książce jako syndrom drugiego i trzeciego tygodnia. Mówi się, że w drugim tygodniu listopada wszyscy NaNowcy odczuwają spadek chęci do pisania, wyduszanie z siebie kolejnych fragmentów tekstu staje się trudne i bolesne. Wtedy przydaje się plan, którego można się trzymać nawet bez weny. Z kolei trzeci tydzień zarezerwowany jest na fajerwerki, nagłe odkrycia, zwroty akcji zaskakujące nawet dla autorów… powiedzmy sobie wprost: przede wszystkim dla autorów. Wtedy plan przydaje się jeszcze bardziej. A najbardziej przydaje się wewnętrzny spokój i świadomość, że TEKST WIE LEPIEJ, dokąd zmierza.

Tak naprawdę od roku 2017 mantra tekst wie lepiej to jeden z głównych punktów mojego skupienia. Oprócz researchu i planu przygotowuję też psychikę: na to, że pisanie w listopadzie jest niepodobne do pisania w jakimkolwiek innym miesiącu. Na to, że listopadowy tekst przestaje być tak do końca mój i staje się swój własny. Intensywne pisanie i koncentracja na powieści, a to nieuniknione przy tej akcji, skutkuje właśnie wieloma nagłymi zmianami, z którymi trzeba po prostu się pogodzić. Po kilku latach udziału w tej akcji nauczyłam się wyłączać wewnętrznego redaktora i nie słuchać głosu krzyczącego w głowie, że nie tak to miało wyglądać. Potem poprawię. Potem zmienię. W listopadzie płynę na fali, na efekty patrzę później.

Co jeszcze jest ważne? Playlista. Nie wiem, jak wy, ale ja nie umiem pisać bez muzyki, i to najlepiej muzyki dobranej idealnie pod klimat konkretnych scen. Co roku robię zestaw playlist do danego tekstu: smutną, wesołą, głupkowatą, pełną napięcia i tak dalej. Nieraz zdarzyło mi się, że właśnie muzyka pomogła rozwiązać jakiś problem fabularny.

Druga sprawa to kontakt z innymi uczestnikami NaNo. Nie tylko poprzez oficjalne forum i polską grupę, ale też prywatnie, ponieważ wiele osób dzięki NaNo poznałam, a sporo moich znajomych z innych sfer dołączyło do akcji. Uważam, że polskie środowisko NaNoWriMo jest fantastyczne pod tym względem, że udziela naprawdę dużo wsparcia i pomaga się jarać tekstem własnym oraz tekstami cudzymi. Jasne, piszę przede wszystkim dla siebie, ale to uskrzydlające uczucie, kiedy ktoś mi napisze, że wrzuciłam świetny fragment albo że po samym opisie już uwielbia główną bohaterkę mojej jeszcze nienapisanej powieści. Podobnie entuzjastyczne, choć, o dziwo, mniejsze, jest rosyjskie forum NaNo, bo i z nim miałam do czynienia. Ba, nawet uczestniczyłam w moskiewskim write-in albo Wpadaj&Pisz, czyli spotkaniu z NaNowcami w kawiarni, podczas którego wspólnie piszemy i ekscytujemy się naszymi postępami. Kontakt z innymi uczestnikami, zarówno osobisty, jak i przez internet, daje sporego kopa motywacyjnego i jest nieocenioną pomocą przy kryzysach.

Ostatnia rzecz, którą zawsze mam w głowie, kiedy szykuję się do NaNo, to zaufanie podświadomości. Wcześniej pisałam, że tekst wie lepiej. A czasem to nawet nie jest ten tekst. Poza pierwszymi dwoma latami uczestnictwa w NaNoWriMo notorycznie zdarza mi się pisać kilka rzeczy naraz w listopadzie. Już zrozumiałam, że nie ma w tym nic złego. Mózg potrzebuje płodozmianu. W tym roku płodozmian mam wpisany w grafik: niby głośno postanowiłam, że piszę kryminał o igrzyskach olimpijskich w Astanie (która z okazji igrzysk jeszcze nie została Nur-Sułtanem, tak, czepialscy, widzę was!), ale zaraz potem mózg zaproponował, żebym rozważyła napisanie kolejnej antologii opowiadań i… cóż, już wiem, że będę pisać na dwie ręce. Ale wiecie co? Wcale nie jest mi z tym źle!

A zatem, w dużym skrócie, preptober według Joanny Krystyny Radosz vel Lill:


Polecane linki:

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *