Najważniejsze: październik oznacza Preptober

preptober-sliwa

Kocham październik.

Nie, serio. Październik zalicza się do moich ulubionych miesięcy w roku. Temperatura na nowo zaczyna mi odpowiadać, wszędzie idzie się natknąć na kolorowe liście, dynie, czaszki i sztuczne nietoperze, a sezon łyżwiarski rozkręca się na całego (no, w tym roku bardziej zaczyna, ale okoliczności są jakie są).

No i najważniejsze — październik oznacza Preptober.

Nie zamierzam nikogo oszukiwać. Nie byłam, nie jestem i nigdy prawdopodobnie nie zostanę tytanką planowania i przygotowywania swoich tekstów. Jestem encyklopedycznym przykładem plantserki. Potrzebuję wiedzieć mniej więcej co piszę i dokąd zmierzam, ale przygotowywanie szczegółowego planu, rozpisywanie fabuły i bohaterów punkt po punkcie, czy głowienie się nad liczbą potrzebnych rozdziałów nie wywołuje u mnie niczego poza frustracją. A jak już mnie zje rzeczona frustracja to tracę serce do tekstu i pomysł idzie hibernować przez kolejne X lat, aż sobie o nim nie przypomnę.

W tym roku długo nie mogłam się zdecydować, co tak właściwie chciałabym pisać. W mojej głowie kotłowało się przynajmniej pięć pomysłów, a ostateczną decyzję podjęłam tylko i wyłącznie dzięki mojej prywatnej listopadowej zasadzie: podczas NaNo zaczynam nowe teksty i nie kontynuuję niedokończonych, na nie jeszcze przyjdzie czas, chociażby podczas Campa. Listopad jest od przecierania szlaków i porywania się na szaleństwa: w liczbie dwóch, ponieważ od kilku lat uskuteczniam pisanie równoległe (tzw. „płodozmian”) i wychodzi mi to tylko i wyłącznie na zdrowie. Bez płodozmianu udało mi się wygrać RAZ i to tylko i wyłącznie dlatego, że pisałam wtedy wespół z Lillchen (o której preptobrze mogliście przeczytać ostatnio), a poziom hajpu wysadzał skale.

Moją pierwszą i „główną” listopadową powieścią w tym roku będzie „Republika Róż”, political-fantasy, które światotwórstwem i intrygami pałacowymi stoi. Pomysł stojący za „Republiką” liczy ponad 8 lat i będzie to moje 5 podejście do opowiedzenia tej historii od początku do końca (raz mi się już udało, ale potrzeba wprowadzić tyle zmian i cięć redaktorskich, że napisanie całości od nowa wydaje mi się o wiele lepszym pomysłem). Przyznaję, jest to projekt całkiem spory i zaczęłam się już trochę obawiać, że nie dam rady, ale kiedy mają dziać się cuda, jeśli nie w listopadzie?

Aby ogarnąć światotwórstwo, gdzieś na początku lockdownu, gdy po raz pierwszy przyszło mi do głowy zająć się „Republiką”, zaczęłam eksperymentować ze stroną World Anvil. Chciałam uporządkować moje pomysły, informacje dotyczące miejsc, bohaterów i wydarzeń… Nie wyszło mi, ale nie z powodu źle dobranego narzędzia. Wręcz przeciwnie — World Anvil, które pozwala (w wersji darmowej) na stworzenie dosłownie encyklopedii twojego wymyślonego świata jest stroną, którą z czystym sercem polecam wszystkim autorką, autorom i osobom autorskim. Możecie korzystać z gotowych szablonów na opisanie postaci, bóstw czy obrządków, tworzyć kalendarze i osie czasu, dodawać grafiki i mapy. Wszystko jest proste w obsłudze i daje dostęp do mnóstwa przeróżnych funkcji nawet jeśli nie chcecie wykupywać rocznego abonamentu. Sama jeszcze tego nie zrobiłam, ale przyznaję – kusi.
Wątpię niestety, abym miała w październiku wystarczająco dużo czasu, aby ponownie porządnie przysiąść do rozpisywania obrządków i wydarzeń historycznych. Na całe szczęście mapę, która na pewno ułatwi mi pisanie, zdążyłam zrobić w kwietniu. Na teraz pozostawiłam sobie więc trzy główne cele:

  • stworzyć fancast na bohaterów, ponieważ mam zerową wyobraźnię wizualną i bardzo łatwo zapominam o potrzebie umieszczania opisu wyglądu w tekście (ukończone);
  • wypisać sobie motywacje głównych bohaterek (jestem gdzieś w połowie);
  • wypunktować najważniejsze punkty fabularne, aby w drugim tygodniu nie zacząć uderzać czołem w klawiaturę/ścianę/dowolną powierzchnię płaską (niezaczęte).

Powinno się udać!

Pozostaje kwestia płodozmianu — i, cóż za niespodzianka, tutaj stawiam na tekst krążący wokół łyżwiarzy figurowych. „Jeśli porwie nas wiatr” rozgrywa się podczas dwudziestych trzecich zimowych igrzysk olimpijskich w południowokoreańskim Pjongczangu. W pierwszej chwili wydawało mi się, że ogarnięcie tej powieści będzie kaszką z mleczkiem. Bohaterów znam, regulaminy łyżwiarskie też znam, a tę odsłonę igrzysk pamiętam tak jakby wydarzyła się wczoraj, bo transmisje oglądałam nałogowo. Podczas procesu planowania wyniknęły jednak dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze okazało się, że znalezienie jakiejś książki na temat Korei Południowej graniczy z cudem, a po drugie… Cóż, październik się zaczął, a ja nadal nie mam pojęcia w jakiej narracji chciałabym pisać.

Na całe szczęście na pomoc przychodzi wspomniana już wyżej Lillchen z akcją #Pinktober, czyli 31 promptów pisarskich na 31 dni października. Rok temu uskuteczniałam już taką rozgrzewkę przed listopadem i powiem tak: to naprawdę pomaga. Załącza człowiekowi nawyk pisania codziennie, a i osiągnięcie 1-1,5k słów w takim obrazku-miniaturce po paru dniach przychodzi z łatwością. No i uczy jeszcze jednej bardzo ważnej podczas listopada rzeczy: improwizacji. Utknęłaś? Dotknęła cię blokada pisarska, wena wyjechała na Bahamy i nie przysłała nawet pocztówki, a pusta strona w Wordzie straszy bielą? Nic straconego! W internecie można znaleźć całe tony wszelakich promptów pisarskich: i w formie pojedynczych słów, dialogów, obrazków czy cytatów. Nic tylko korzystać! Nawet jeśli dany fragment nie wyląduje w ostatecznej wersji powieści: nic się nie stało.

Listopad jest pisania, nie edytowania. Listopad jest od pierwszego draftu. Listopad jest od ochów i achów, a nie krytykanctwa (szczególnie tego wewnętrznego!).

A Preptober? Preptober jest od zebrania drwa na ognisko hajpu i podpalenia go. I właśnie tego życzę wszystkim nanowocom: buchającego na kolorowo ogniska i wspaniałych ludzi dookoła, z którymi będziemy wspólnie pisać i się jarać.


Polecane linki:

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *