Preptober — wszystko będzie dobrze

preptober-lasik

Nadszedł październik — czas na długie spacery, łapanie ostatnich promieni słońca przed szarym, burym listopadem, który zamknie nas w domach, a część tej bardziej literackiej braci przykuje do klawiatur, bo wszak listopad to miesiąc pisania powieści.

National Novel Writing Month — NaNoWriMo.

Ten czas, gdy wiele osób próbuje napisać minimum 50 000 słów ułożonych w logiczne ciągi zdań, akapitów i fabuły w zaledwie 30 dni. A przy okazji stara się nie oszaleć, nie nabawić się kontuzji związanych z siedzeniem przy komputerze dłużej niż jakikolwiek fizjoterapeuta uznałby za zdrowe. Oraz nie zniszczyć relacji rodzinnych, bo tak, pozmywam naczynia zaraz, i tak, wiem, mówiłam to trzy godziny temu, ale muszę napisać normę, żeby mi kreska nie uciekła.

Ale póki co jest październik.

Piękny, spokojny październik, kiedy wydaje się, że do listopada jest jeszcze daleko i że nie będzie tak źle. Nie wyda się w grudniu całej pensji na fizjoterapeutę, nie stanie na progu separacji, a zaniedbana zawartość lodówki w Mikołajki nie ogłosi niepodległości i nie nałoży cła na wszystko co przekracza ich drzwi.

Październik — czyli 31 dni, które można wykorzystać na przygotowanie się.
Można, ale nie trzeba.

NaNoWriMo 2020 będzie moim ósmym podejściem do tego wydarzenia. Poprzednie siedem razy udało się dobić do 50 000 słów w mniej lub bardziej bolesny sposób. Zdarzył się rok, gdy pisałam codziennie, więcej było tych, gdzie jakiś dzień zgubiłam. Były lata głównie na kresce i nad kreską, a były takie, gdzie połowę miesiąca goniłam kreskę, bo pierwszego listopada byłam pewna, że nie, w tym roku nie piszę, nie ma mowy, nie mam ochoty, pomysłu i w ogóle, a przede wszystkim chcę spać. A potem nadchodził drugi listopada, trzecią część tablicy na Facebooku miałam wypełnioną wpisami znajomych o NaNoWriMo, z dysku twardego patrzyły na mnie kiedyś naszkicowane słowami pomysły, a durna ambicja w głowie szeptała: no co ty, tyle lat pod rząd dawałaś radę, to w tym odpuścisz? I w końcu uznawałam, że w sumie co mi szkodzi zacząć, najwyżej się nie uda. No dobrze, więc założę projekt i… oh shit jestem już 1667 słów w plecy i w sumie nie wiem co konkretnie chcę pisać.

Sprint czy Maraton — choose your poison

A nikt nie powiedział, że trzeba wykorzystać wszystkie trzydzieści dni. Rekordowo dobrnęłam do 50 000 słów dwunastego listopada. I był to jedyny rok, kiedy w październiku naprawdę dobrze odrobiłam zadanie domowe — miałam rozpisanych głównych bohaterów i relacje między nimi, znałam główne węzły fabuły pomiędzy którymi podróżowałam. No i miałam folder z obrazkami pomocniczymi, żeby nie musieć tracić czasu na szukanie ich; to była fantastyka historyczna, więc pozbierałam sobie obrazy i zdjęcia kiecek z epoki, wnętrz itd. Bez tego prawdopodobnie kilka dni pisania skończyłoby się na:

Tylko poszukam tego jednego detalu, to zajmie mi góra pięć minut…

…trzy godziny i czterdzieści klikniętych odnośników „bo, a to też brzmi ciekawie” później wybija północ, a na liczniku ledwie 700 słów i budzik nastawiony na szóstą rano, bo trzeba wstać do roboty — upsss.

Pewnie są na świecie ludzie, którzy siłą wielkiej improwizacji potrafią napisać te 50 000 nawet szybciej, ale ja się do nich nie zaliczam, a choćby zarys planu pomaga w momentach, kiedy mózg staje nieco w poprzek i w ogóle najchętniej zmieniłby się w kisiel. Jeśli Ty się zaliczasz do wielkich improwizatorów, to Ci zazdroszczę. Jeśli nie, to może garść moich doświadczeń Ci pomoże.

Zrobiony zawczasu risercz pomaga…

Sprawdzanie rzeczy w Internecie czasami kończy się na godzinach znajdowania coraz to nowych, ciekawych informacji, które aż proszą się, aby zapoznać się z nimi natychmiast. Co nie jest złe, o ile cierpi się na nadmiar wolnego czasu. Jeśli pisanie normy wciska się między garść obowiązków zawodowych i domowych, to dobrze odbyć tę podróż przez Google i labirynt linków jeszcze w październiku. Jakie kiecki noszono w 1813 i jeśli jedna panna jest mniej zamożna, to jakie w kilku minionych latach, bo może ona jedna będzie ubierała się niemodnie? Ile czasu trwa podróż z Drezna do Berlina powozem zaprzęgniętym w dwa konie, a jak szybko pokona tę trasę goniec jadący wierzchem? Czy istnieją połączenia lotnicze z paryskiego CDG na berlińskie Tegel? Ile litrów krwi jest w ludzkim ciele? Jaki powinien być skład atmosfery planety, aby miała żółty kolor? Co znamienne, to zwykle takie dość precyzyjne pytania potrafią nagle wyciąć człowiekowi popołudnie z życiorysu. Pewnikiem trochę dlatego, że duże pytania raczej zadaliśmy sobie tworząc świat w głowie, a te papierdółki wyskakują na nas nagle gdzieś między zdaniami akapitu i nigdy nie przygotujemy się na nie wszystkie, ale możemy próbować.

A ponieważ ludzka pamięć bywa dziurawa, to ja preferuję gdzieś sobie te kluczowe odpowiedzi zapisywać. Folder zakładek w przeglądarce jest całkiem dobrą opcją, choć to u mnie potrafi być folder z podfolderami, bo czemu nie. Jeśli jeszcze zakładki synchronizują się między komputerami, to bajka. Jeśli nie, bo z powodów tych i owych używa się różnych przeglądarek, to Pocket jest jakąś opcją. Można też drukować, czego ja unikam w imię oszczędzania papieru, chyba że trafię na długie, naukowe artykułu, przy czytaniu których porządkuję sobie wiedzę notatkami na marginesie, zakreślaczami i zerkaniem co chwilę na wcześniejsze strony. Wówczas owszem, drukuję i wpinam w segregator, żeby przypadkiem w szale „najpierw posprzątam biurko, a potem napiszę normę” nie wywalić ich razem z resztą makulatury. I przy makulaturze pozostając—- książki!, ale tu hulaj dusza, hulaj wola, każdy ma jakieś już wyrobione nawyki ze szkoły czy studiów.

…plan również…

Im dokładniejszy tym pewnie lepszy, choć ja sama nigdy nie zdołałam stworzyć takiego planu z prawdziwego zdarzenia. Takiego, który uwzględniałby wszystkie sceny i pozwalał po prostu otworzyć plik, przeczytać, że aha, kolejna scena rozgrywa się tu i tu, zawiera te i te osoby i ma się w niej wydarzyć to i to, okay, piszę. Moje plany to zwykle jedynie kamienie milowe pomiędzy którymi mam pewną swobodę i to w tej swobodzie często odkrywam problemy fabularne, których wcześniej, na bardziej ogólnym obrazie nie było widać. I pikuś jak odkrywam je pisząc. Gorzej jest, gdy dostrzegam je jakieś 10 000 słów później. Skasować te 10 000 słów i napisać od nowa? Skasować je po NaNo-wemu, czyli przenieść do innego pliku, żeby potem jednak dodać je do licznika, i napisać poprawioną wersję? Zostawić, jak jest i pisać dalej mając w głowie już poprawioną wersję, a potem, w grudniu, napisać to tak, jak należy? I tak stanęło mi się raz czy dwa przed takim wyborem i dość powiedzieć, że byłam wówczas nieco jak sarna w świetle reflektorów. Jakąś decyzję w końcu podejmowałam, ale zdecydowanie wytracałam w tym procesie impet… a gdybym tylko to sobie przemyślała lepiej.

Cóż.

1667 słów to nie tak strasznie dużo…
…dopóki przeziębienie nie wytnie ci weekendu z życia i nagle w poniedziałek masz do napisania 5001 słów

Tempo w jakim nawarstwiają się zaległości w czasie NaNoWriMo jest dość zastraszające i kilka razy kopnęło mnie to w rzyć, nawet nie tym ile słów musiałam napisać, ale jak szybko dotarłam do dziury fabularnej, którą trzydziestego pierwszego października widziałam jako: no nie wiem jak to tu rozwiążę, ale zanim do tego dojdę, to na pewno coś wymyślę… oh… Oh. OH! Jest ósmy listopada, ledwie tydzień pisania za mną, a tu dobijam do piętnastu tysięcy słów i tej dziury fabularnej, która wydawała się być tak daleko.

A to przy założeniu, że miałam pisać codziennie te minimalne 1667 słów, aby pozostać na kresce i tyle.

O tym jak planować są całe książki i szkolenia. Nie odkryję tu ameryki przed nikim, powiem tylko, że warto spróbować czy to na papierze, na karteczkach samoprzylepnych, w Excelu. Są też programu typu Scapple, które symulują kartkę papieru z dowolną ilością strzałek, chmurek i co tam jeszcze byśmy wrysowali (z tą zaletą, że wszystko można łatwo poprzesuwać, bez konieczności przerysowywania).

…a przede wszystkim ludzie.

Znowu — to nie reguła, świętość i prawda objawiona. To moje doświadczenie. Miałam jeden taki rok, w którym w październiku niechęć do ludzi zaczęła wylewać mi się uszami. Jak przyszło do NaNoWriMo, to chciałam pisać, chciałam mieć wykresik na stronie NaNoWriMo i odznaki, ale nie chciałam, aby ktokolwiek o tym wiedział. A strona jest tak skonstruowana, że moi dodani na niej znajomi widzieliby mój pasek postępu, więc wiedzieliby, że piszę i… Po prostu założyłam drugie konto. Pisałam na nim jakiś tydzień, zanim ogólna niechęć rozpłynęła mi się w potrzebie wzajemnego motywowania się. Bo to jest dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy w NaNoWriMo. Ja coś piszę, ktoś coś pisze, dzielimy się sukcesami na przykład w postaci z napisania trudnej sceny, ulubionymi fragmentami, radością, gdy dopadnie nas tak zwany eureka moment. Czerpiemy motywację i siły z tego, że komuś idzie dobrze, albo ktoś inny czerpie tę motywację z naszych postępów. I tych ludzi nie trzeba szukać na stronie NaNoWriMo, choć polskie forum na nim jest całkiem żywe (może niekiedy wręcz przytłaczająco). Są kanały na Discordzie, grupy na Facebooku, hasztag na Twitterze, które pozwalają odnaleźć inne piszące w danym roku NaNowce. Można też szukać lokalnie, w 3D i full HD, ale z tym w tym roku będzie ciężej.

Jest też bardziej skryty sposób motywowania się NaNo-towarzystwem. Taki bardziej tajniacki, ale mi często pomagał. W pierwszych dniach NaNoWriMo kogoś, kto miał pasujące mi tempo i równałam do niego — i ta osoba niekoniecznie o tym wiedziała. Ja wiedziałam i to wystarczyło niekiedy, aby napisać te kilkaset słów więcej. Po prostu zerkałam sobie, ile ta osoba ma wbite na liczniku i mały głosik na dnie myśli szeptał mi: ej no, ona dobiła do 15 000 dzisiaj, a tobie brakuje jeszcze 300 słów, napisz je, no napisz, co ci szkodzi, no napisz… I pisałam.

Bo o pisanie w NaNoWriMo chodzi.


Polecane linki:

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *