Potworne muzeum Hitchcocka

monster-museum-alfred-hitchcock

Przypuszczam, że po ten zbiór nigdy bym nie sięgnęła sama z siebie, gdyby pewnego dnia nie został mi uroczo podrzucony na recepcyjne biurko przez ochroniarza Rona. Z Hitchcocka pamiętam tylko „Ptaki”, które mnie wystraszyły gdy byłam dzieckiem, wiec uznałam, że w sumie czemu nie poczytać trochę o potworach i wyjść ze swojej czytelniczej comfort zone (i jak się okazało, językowej też)

Monster Museum to zbiór 12 opowiadań, z ulubionymi potworami Hitchcocka. Nie wiem, czy zwrot young reader na okładce miał sugerować, że jest to zbiór przeznaczony dla młodzieży, czy po prostu dla niewprawionego czytelnika, ale ja po przeczytaniu stawiałabym na to pierwsze odwołanie.

Jak to przy antologiach bywa, każde opowiadanie napisał ktoś inny, a ja znałam z listy 12 autorów zaledwie jedno nazwisko: Ray Bradbury. I jak do tej pory nic żadnego nie czytałam.

W trakcie czytania zauważyłam, że zmagam się nieco z językiem, więc sprawdziłam rok wydania i złapałam się za głowę. Okazało się, że teksty w Monster Museum mają ponad pól wieku, a niektóre znacznie więcej. Przekrój powstania tych potwornych opowiadań to lata między 1929 a 1954. I to chyba jest ten moment, kiedy podzielę się zawartością książki. A jako ciekawostkę dodam rok napisania poszczególnych historii.

  1. The Day of the Dragon — Guy Endore, 1934
  2. The King of the Cats — Stephen Vincent Benét, 1929
  3. Slime — Joseph Payne Brennan, 1953
  4. The Man Who Sold Rope to the Gnoles — Idris Seabright, 1951
  5. Henry Martindale, Great Dane — Miriam Allen deFord, 1954
  6. The Microscopic Giants — Paul Ernst, 1936
  7. The Young One — Jerome Bixby, 1953
  8. Doomsday Deferred — Will F. Jenkins, 1949
  9. Shadow, Shadow on the Wall — Theodore Sturgeon, 1950
  10. The Desrick of Yandro — Manly Wade Wellman, 1952
  11. The Wheelbarrow Boy — Richard Parker, 1953
  12. Homecoming — Ray Bradbury, 1943

Jak widać, nie są to najświeższe teksty. Najbardziej odczułam to czytając The King of Cats — wcale nie dziwne, bo to najstarsze z opowiadań. Ale wcale nie było tak źle, jak mogłam się spodziewać, i wydaje mi się, że nie miałam problemów ze zrozumieniem.

Musze przyznać, że niektóre pomysły były dość niezwykłe, zaskakujące wręcz, a inne (jak na horror) przesiąknięte wiedzą naukową. Nie czułam w nich klimatu grozy, nie czułam w wielu opowiadaniach żadnego klimatu — sama nie jestem do koca pewna czy powinnam. Możliwe, e by to efekt mojego zmagania się z językiem, ale z drugiej też strony nie męczyłam się jakoś nadzwyczajnie. Co innego może mówić to, jak długo czytałam ten, mający zaledwie 200 stron, zbiór…

Było to dla mnie pewne doświadczenie czytelnicze, ale nie sądzę, bym chciała je powtórzyć. Stare teksty czyta się ciężko, nawet jeśli są przetłumaczone na język polski (o moich zmaganiach z przeczytaniem Conana napisze kiedyś, jak go przeczytam). Oczywiście cenię sobie klasykę, i mam w planach zarówno Fahrenheit 451, jak i The Martian Chronicles Raya Bradbury’ego. Pewnie też sparszeć, co też napisali ci inni autorzy ze zbioru.

Co to samego Hitchcocka to sama nie wiem, czy mam ochotę na więcej. Myślę, że nie będę jakoś specjalnie go szukać, ale też nie jest to literatura do której lgnę całą sobą.

A na zakończenie kilka rzeczy, których nauczyło mnie Monster Museum: wiem jak wyhodować sobie smoka, jak pozbyć się wielkiej kolonii amazońskich mrówek wojowników, a te najbardziej krwiożercze wilkołaki, to ponoć pochodzą z Węgier.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *