Waleczne serca i wielkie jądra jenotów

ghibli-pom-poko

Oto moment, w którym chciałabym napisać jakiś mądry i inspirujący wstęp, ale w głowie mam tylko dorodne jądra szopów… O czym mowa? O filmie Studia Ghibli, który niedawno widziałam, o kolejnym dziele Iaso Takahaty, który umyka moim podziałom na rzeczy lekkie i zabawne oraz na te poważne. Mam wrażenie, że im dalej zapuszczam się w świat animacji Ghibli, to odnajduję coraz to ciekawsze produkcje, które cieszą.

Pom Poko (1994)
(Jap: 平成狸合戦ぽんぽこ, Hep: Heisei Tanuki Gassen Ponpoko)

scenariusz: Iaso Takahata, reżyzeria: Iaso Takahata

Polski tytuł animacji, to Szopy w natarciu, i chyba w tym miejscu należy się małe sprostowanie. Po pierwsze, ja oczywiście z racji mojej emigracji oglądam wszystko „po angielsku” — oryginalna ścieżka dźwiękowa i angielskie napisy, więc nie używam polskiego tytułu nigdy. Po drugie bohaterami filmu w zasadzie nie są szopy, a tanuki — w japońskiej mitologii stworzenia mogące zmieniać swoje kształty oraz obdarzone pokaźnymi jądrami (przypuszczam, że tam mają całą swoją magiczną moc). Tanuki to po angielsku japanese racoon dog, a  po polsku tłumaczy się to na japońskiego jenota. Ale dla uproszczenia sprawy zostańmy po prostu przy szopach. Dodam, że nigdy chyba jeszcze nie musiałam wyszukiwać takich informacji przy omawianiu filmu animowanego — człowiek uczy się całe życie.

Zatem do sedna, o czym jest to całe Pom Poko? Określana mianem dramatu komediowego, to opowieść o grupie szopów, które w wyniku rozwoju i rozrostu Tokyo tracą swój dom, swój las, w którym żyły i rozmnażały się od wieków. I jako kolejny film Takahaty, wymyka się on z prostych podziałów, prostego odbioru i prostego podejścia do animacyjnej kreski.

Tytułowe szopy, w zależności od sytuacji, rysowane są w inny sposób. Po pierwsze, mamy szopy bardzo naturalistyczne, zachowujące się jak zwierzęta, w zasadzie rysowane jak zwierzęta, w momencie kiedy pojawia się wymuszona interakcja z ludźmi. Po drugie, są to animowane, antropomorficzne szopy, w takiej bardzo bajkowej konwencji, które mają przypominać statuetki tanuki i stanowią główną formę tytułowych zwierzątek. Po trzecie to bardzo uproszczona forma, która pojawia się kiedy szopy psocą albo zwyczajnie radują się z jakiegoś błahego powodu. I jest to niezwykle ciekawe podejście do filmu, który mam wrażenie, mógł wyjść jedynie od Takahaty — naczelnego eksperymentatora Studia Ghibli. Bo ma on na swoim koncie takie filmy jak Only Yesterday czy widzianą już przeze mnie The Tale of the Princess Kaguya (recenzja jeszcze przed nami!).

A skoro już zaczęłam od animacji, to może zajmę się wizualną stroną filmu? Kreska oczywiście ta dobrze znana i chociaż mamy mieszankę stylów, to jednak zostajemy głównie z dobrze znaną formą z innych animacji Ghibli. Nie ma tych dziwnych prób stworzenia bardziej realnego odzwierciedlenia postaci jak przy Only Yesterday — ale nie ma się co dziwić, skoro film opowiada o szopach, które zmieniają swoją formę i postać. I ponoć ich pokaźne przyrodzenie (mówię tutaj o męskich jądrach) jest znakiem rozpoznawczym tanuki — również tych wszystkich mitologicznych figurek, co została wykorzystane w filmie. I w fabule też, ponieważ (uwaga spoiler) szopy zmieniają te swoje moszny w różne rzeczy, czasami w broń przeciwko wstrętnym ludziom, a czasami w zwyczajny dywan…

Co do fabuły, to problem już szybko nakreśliłam. Warte wspomnienia jest jednak to, że szopy obmyślają pięcioletni plan walki z ludźmi i rozbudową miasta, w trakcie którego przechodzą intensywne szkolenie zmieniania swojego wyglądu. W tym czasie poznajemy szopy o różnych charakterach, o różnym nastawieniu do problemu wysiedlenia, ale wszystko dziwnie zawsze kończy się jedzenie, piciem i szaleństwem jakie jest wpisane w ich naturę. Oczywiście jestem też pod wrażeniem psot, które sprytne i zabawne tanuki płatają ludziom — głownie robotnikom na obszarze budowy nowego osiedla. Jednak to nie wystarcza, bo ludzi jest więcej i tam gdzie jeden ucieka, nagle pojawia się dwóch kolejnych. Koniec końców muszą szukać mentorów, starożytnych mistrzów zmieniania się, żeby mieć szanse na wygraną wojnę z ludźmi. Czy im się to udaje?

I wydaje mi się, że w filmie należy zwrócić uwagę na problem jakim jest znikanie lasów i środowisk naturalnych pod rozbudowę i projekty deweloperskie. Myślę, że ciężko tego uniknąć w rozwijającym się społeczeństwie. A że lata sześćdziesiąte były w Japonii rozkwitem rozwoju jako takiego (wnioski oparte jedynie na tym konkretnym anime, bo przecież dobry risercz to podstawa), to ucierpiały na tym przede wszystkim zwierzęta. Jednak animacja nie zapomina o jednym ważnym szczególe: szalony przyrost naturalny szopów. Wystarczy spojrzeć na te wyeksponowane jądra by wiedzieć, że tutaj bez intensywnego rozmnażania się nie obejdzie. I film pokazuje to wprost: mniejsze lasy, a większa populacja to przepis na katastrofę.

Czy w filmie jest rozwiązanie? Nawet kilka. Najbardziej drastyczne, to oczywiście odstrzał „szkodnika”, przy czym ciężko przewidzieć konsekwencje takiego kroku. Zwierząt nie chroni nawet już folklor i mistycyzm, bo coraz mniej ludzi wierzy w magiczne moce szopów. Inne rozwiązanie, które wychodzi od tanukich, a w zasadzie od „zaprzyjaźnionego” kitsune, to zmiana w ludzi i zamieszkanie między nimi. Czy to dobra droga? Na to muszą sobie odpowiedzieć te szopy, które się zdecydowały na tak poważny krok.

Ale żeby nie było aż tak pesymistycznie, to na zakończenie dostajemy świetnie skrojoną puentę, o ile potrafimy ją dojrzeć. Że natura jednak do końca nie znika, że ludziom brak jest lasów i tworzą te małe zielone przestrzenie w mieście, żeby zachować chociaż kawałek tego, co ziemia ma do zaoferowania najlepszego.

Ktoś mi w ogóle powiedział, że filmy Iaso Takahaty są najlepsze, że to zupełnie inne jakość, i powinnam się nimi zachwycać. I chociaż Only Yesterday aż takiego zachwytu nie wzbudziło, to już Pom Poko jak najbardziej. Oczywiście zobaczonych jader już nie nie da od-zobaczyć, i gdyby nie mój Mąż, to pewnie żyłabym w nieświadomości dobre pól filmu, zanim same by mi się objawiły na ekranie. Nie mogę się nie zgodzić, że obok magicznych światów Miyazakiego, Takahata potrafi stworzyć coś nieoczekiwanego, zaskoczyć widza i zostawić go później z myślami, jakich wcześniej nie miał. Bo te filmy opisuje mi się najtrudniej. Właśnie dlatego, że w jakiś sposób, gdzieś pod pierwszą, drugą i trzecią warstwą, są mocne. I dlatego też zostawiam Was z tym chaotycznym omówieniem filmu o szopach. No i oczywiście uważam, że zdecydowanie warto go obejrzeć (nawet jeśli jedynym powodem będą te dorodne i wszechobecne jądra).


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *