On, ona i on — krótka historia pewnego trójkąta

ghibli-ocean-waves

Filmy Studia Ghibli są bardzo różne. Nic w tym dziwnego, skoro gigant japońskiej animacji zatrudnia nie jednego, czy dwóch twórców, ale sporo liczbę nazwisk. Jak lubię powtarzać: Nie tylko Miyazakim Ghibli stoi. Przez to czasami trafiają się filmy nietypowe, które wprawiają mnie w pewną konsternację i brakuje mi słów by je opisać. Miałam tak przy Kiki’s Delivery Service – bo nie zauważyłam pewnych spraw, miałam tak tez przy Only Yesterday, i mam tak też przy kolejnym obrazku.

Ocean Waves (1993)
(Jap: 海がきこえる, Hep: Umi ga Kikoeru)

scenariusz: Seiji Okuda oraz Nozomu Takahashi, reżyseria: Tomomi Mochizuki

Animacja ta została stworzona przez młodą kadrę Ghibli — sami dwudziesto i trzydziestolatkowie. Miała być krótka (to ledwie 72 minuty), zrealizowana szybko i tanio — nie do końca się udało.

Nawet nie wiem od czego zacząć, bo nie tego się spodziewałam. Tutaj powinien być jakiś ciekawy wstęp do filmu, ale nie umiem.

Ocean Waves znane jest też jako I Can Hear the Sea, a po polsku — Szum morza. Film powstał dla telewizji publicznej, na podstawie powieści w odcinkach autorstwa Seako Himuro. O czym opowiada? to historia trójkąta miłosnego między dwoma przyjaciółmi: Taku Morisaki i Yutaka Matsuno, oraz nowej uczennicy ich liceum, która przeprowadziła się z Tokyo: Rikako Muto. Koniec.

Co można powiedzieć o filmie, który trwa nieco ponad godzinę i pokazuje wolno rozwijające się uczucia? Niewiele. Historię opowiada Takupodczas lotu samolotem z Tokyo do rodzinnego Kōchi. Są to w znacznej mierze jego wspomnienia, które zostają wywołane przez nieoczekiwane spotkanie na stacji. A nawet nie spotkanie co dojrzenie na sąsiednim peronie znajomej sylwetki (bo nawet nie twarzy) i dziwne skojarzenie z Rikako. W całej tej opowieści nie ma dziwnych i szalonych porywów serca, a raczej zwyczajne relacje nastolatków, którzy sami nie wiedzą czego chcą i nawet nie zadają sobie pytania „czy to jest już miłość?”. Prosta historia, którą nie ma w sobie ukrytych treści, więc nie czuję żebym miała co rozbierać na czynniki pierwsze.

Czy mnie zachwyciła? Trudno powiedzieć. Przyjemnie się oglądało, bo to dość niezobowiązujący tytuł. Czy go zapamiętam na dłużej? Czy kiedyś do niego wrócę, jak do innych filmów studia? Zapewne nie. Ocean Waves nie ma najgorszych ocen, Rotten Tomatos 88%, Metacritic 73 punkty. Ale szału tutaj też nie ma, tym bardziej że oceniających było niewielu. Nic to jednak nie znaczy, ponieważ Ghibli ma na swoim koncie dużo gorsze noty na tych serwisach, o czym opowiem w odpowiednim czasie.

Wizualnie widać większą oszczędność kreski i kolorów, co zapewne miało obniżyć koszt produkcji. Nie udało się i cały projekt przekroczył planowany budżet. Efekt końcowy niestety odbiega od uroczej prostoty, która kocham w filmach Ghibli. Mam wrażenie, że Ocean Waves była tanią prostotą kreski i film stracił na tym wiele.

Jestem niezwykle ciekawa, czy gdyby za stworzenie tego anime wziął się któryś ze starszych kolegów po fachu, albo chociaż nadzorował prace, to czy dałoby się z niego wyciągać nieco więcej niż tylko przyjemny film. Nie jest on ani popularny, ani szczególnie polecany przez innych. Nie jestem pewna czy jest utożsamiany z Ghibli jako tako. Chciałabym móc powiedzieć coś więcej na jego temat, ale zwyczajnie się nie da.

Czy warto obejrzeć? Jasne, czemu nie. Jeśli ktoś lubi takie lekkie romantyczne historie, to Ocean Waves będzie jak znalazł. Ale też nikogo do filmu przekonywać nie będę.

Koniec.

Tradycyjnie przypominam też o innych tekstach z serii 35 lat ze Studiem Ghibli.


2 komentarze do “On, ona i on — krótka historia pewnego trójkąta”

  1. Podzielam w pełni Twoją opinię.
    Widziałam film parę lat temu i też mnie zbytnio nie porwał zbytnio, poza tym mimo że tak krótki, to prawie w ogóle go nie pamiętam, podczas gdy inne Ghibli zapadły mi w pamięć całkiem nieźle.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *