O pisaniu: Pryvian

Jak już zapowiadałam, czerwiec na blogu to miesiąc dla piszących i aspirujących pisarzy. Z tej okazji zaplanowałam cykl wpisów opowiadających o tym, jak nam się pisze, dlaczego piszemy, i wszystkim co związane z pisaniem.  Zaprosiłam zatem osób do podzielenia się właśnie taką krótką historią pisania. Bo najważniejsze to wspierać się i inspirować nawzajem do tego, co kochamy najbardziej.

Przyznam się, że jest to też miesiąc dla mnie — uczenie się pisania na nowo, uczenie się tworzenia historii na nowo. Miesiąc poszukiwań dobrych materiałów i dzielenia się nimi z writing community. Mam nadzieje, że moja mała akcja przyniesie korzyści nie tylko mnie, i będę mogła ją powtórzyć z okazji prep-tobera 2019.

A dziś na blogu gości Pryvian.


Zawsze miewam problemy z zaczynaniem tekstów, także i w tym przypadku. Domyślam się jednak, że wypadało by się przedstawić na wstępie: Zuza, dla przyjaciół i fandomu Pryvian, niedawno świętowałam ćwierćwiecze, piszę odkąd pamiętam, a od siedmiu lat nieprzerwanie biorę udział w NaNoWriMo. Dotąd opublikowałam tylko jedno opowiadanie, do tego z gatunku sport-fiction, w Antologii Opowiadań Żużlowych Czarna Książka (polecam! I to zdecydowanie bardziej ze względu na autorkę pozostałych opowiadań, Joannę Krystynę Radosz, niż na mnie), ale jednym z moich „urodzinowych postanowień” jest postaranie się o publikację kilku kolejnych, tym razem fantastycznych. Trudno mi jednak przewidzieć co z tego wyniknie — szczególnie, że należę do osób, które nigdy nie są do końca zadowolone z tego co stworzyły.

Nie pamiętam kiedy zaczęłam pisać i dlaczego. Pierwszy z moich tekstów, który jakoś głębiej zapisał się w mojej pamięci był fanfikiem do Harry’ego Pottera, publikowanym chyba jeszcze na onetowskim blogu i wiem, że gdybym dzisiaj na niego trafiła to albo zeszłabym na zawał, albo spaliła się ze wstydu. Na całe szczęście przepadł trzy komputery temu. Od tamtego czasu jednak minęło czternaście lat, a ja całkiem sporo się nauczyłam, zarówno na temat struktury tekstu, jak i światotworzenia i kreacji bohaterów. Wiem, że nie potrafiłabym przestać pisać za nic w świecie, bo siedzi we mnie za dużo historii, zbyt wiele postaci przekrzykuje się w mojej głowie (czasami bywają wyjątkowo nieznośne, możecie mi wierzyć) i chcę się tym wszystkim dzielić ze światem.

W dzieleniu się ze światem przeszkadza jednak nie tylko olbrzymi impostor syndrome (rozumiany jako „to nie jest wystarczająco dobre, aby komukolwiek to pokazywać”), ale także moje potworne zapominalstwo. Miewam dni, gdy w mojej głowie kłębi się kilkanaście różnych pomysłów na fabuły, ale wiadomo, że nie mam kiedy ich wszystkich spisywać. Radą na to okazało się założenie notesu pisarskiego. Kupując mój pierwszy dwa miesiące temu byłam pewna, że 180 stron starczy mi spokojnie do października — pomyliłam się. Otóż okazuje się, że gdy już zacznie się go prowadzić to nie można przestać, bo świat jest bardziej inspirujący niż się to na co dzień wydaje. Wrzucam tam wszystko: pomysły, listy ładnych imion dla bohaterów, inspirujące cytaty, mapy myśli, urywki dialogów, które wpadły mi do głowy albo przez przypadek je podsłuchałam. Nie ma reguły. To takie moje miejsce, w którym mogę bazgrać ile wejdzie, w jakimkolwiek języku mi się podoba, bo przecież i tak nikt poza mną tego nie zobaczy.

Nie oznacza to jednak, że należę do pisarzy zorganizowanych — co to, to nie. Dopiero uczę się pisać z planem, bez rzucania się na głęboką wodę i myślenia, że „jakoś to będzie”. Tworzenie bardzo szczegółowych opisów fabuły nie jest jednak dla mnie. Wolę w paru punktach określić, co chcę osiągnąć w danej scenie, jacy bohaterowie mają się pojawić i gdzie ma się to wszystko dziać, ale to na tyle. Często zresztą w procesie pisania ten pierwszy szkic planu idzie całkowicie do kosza. W tekście, który aktualnie jest moim głównym projektem do skończenia większa część jednego rozdziału miała dziać się we Włoszech — nic z tego, bo bohaterowie postanowili przenieść akcję do Szwecji. A kim ja niby jestem żeby się z nimi kłócić? Ja tu tylko uderzam w klawisze.

Istnieje też ten przerażający termin: struktura powieści. Przeczytałam w swoim życiu pełno poradników pisania i nadal nie jestem w stanie rozgryźć o co tak właściwie z tym chodzi. Jako literaturoznawczyni dostrzegam ją czasami w tekstach, które analizuję, ale jako pisarka przy tworzeniu? Nigdy jeszcze mi się nie udało, ale pewnie będę próbować dalej. Z drugiej strony światotworzenie, czyli rzecz, która wielu moim piszącym znajomym sprawia problemy, dla mnie jest najwspanialszą zabawą i relaksem, jaki tylko może istnieć. Kocham komponować nowe światy, tworzyć religie, zastanawiać się nad tym jakich języków bądź dialektów używają bohaterowie i dlaczego, jak się ubierają, jakie święta obchodzą… Mogę tak wymieniać bardzo długo. Ta antropologiczne puzzle są moim ulubionym okres przygotowawczym i chociaż często kończą się wpadaniem w króliczą dziurę researchu to nie zamierzam na to narzekać. Poczucia, że z pozornie niepasujących do siebie kawałków naszej historii i rzeczywistości stworzyłam coś zupełnie nowego, co ma szansę działać, nie da się porównać z niczym innym.

Gdy w końcu zbiorę się do przenoszenia pomysłu z głowy na papier to z kolei największą przyjemność sprawia mi pisanie dialogów. Zawsze uważałam, że najpiękniejsze i najprawdziwsze historie to te, w których centrum leżą postacie i ich wzajemne relacje. Także w książkach, które czytam moim największym zarzutem w stosunku do autorów jest często to, że ich postacie ze sobą nie rozmawiają, a jedynie do siebie nawzajem mówią. To jest różnica. Dlatego właśnie staram się, aby moi bohaterowie rozmawiali ze sobą jak najczęściej, zadawali pytania i wysłuchiwali uważnie odpowiedzi, i w ten sposób rozwiązywali problemy. Czasem się tak oczywiście nie da, bo nie żyjemy w idealnym świecie, ale robię co mogę. Bardzo staram się jednocześnie unikać scen kłótni, ponieważ najczęściej wydają mi się sztuczne. Jestem pełna podziwu dla autorów, którzy potrafią pokazać sprzeczkę bez popadania w przesadny patos czy niezamierzony komizm. Czapki z głów.

Nie potrafię pisać też jednego tekstu naraz. Próbowałam i jest to dla mnie prawdziwa tortura. Potrzebuję „płodozmianu” i dopiero, gdy nauczyłam się używać tej metody, moje pisanie rzeczywiście ruszyło z kopyta. Zasada jest prosta — jeśli moim tekstem głównym jest fantastyka to na boku skrobię obyczajówkę lub kryminał (w dziewięciu przypadkach na dziesięć zahaczające o sport-fiction) lub na odwrót. Dzięki temu jeśli czuję się znudzona danym tematem i mam wrażenie, że zaraz uderzę w ścianę i zablokuję się na dobre to zawsze jest w zanadrzu coś zupełnie odmiennego klimatem i gatunkiem, co pozwala przewietrzyć mózg. W moim przypadku sprawdza się znakomicie.

Dwa miesiące temu podczas scrollowania Pinteresta wpadłam na jeszcze inne ćwiczenie, które bardzo pomaga przezwyciężyć mi zniechęcenie i wrażenie, że „nie wiem co pisać”. Sprawa jest prosta. Każdego dnia po położeniu się do łóżka, kiedy człowiek już jest zrelaksowany, ale jeszcze nie zasypia, należy spróbować napisać przynajmniej 50 słów. Króciutki opis, dialog, zarys sceny, wyjątkowo długi tytuł noszony przez jedną z postaci, czy nawet listę zakupów, to nie ma znaczenia. Są noce, gdy udaje mi się wyskrobać prawie 300 słów i to całkiem niezłych, są takie, gdy poddaję się po 60, ale piszę. A za parę dni lub tygodni, gdy utknę w jakimś miejscu zawsze mogę przejrzeć te drobiazgi i być może natknę się wtedy na fragment lub zdanie, które zainspirują mnie do dalszej pracy.

Jeśli miałabym zaś wskazać jakiś mądry, inspirujący cytat, który najbardziej do mnie przemawia to postawiłabym na słowa Jodi Picoult: „zawsze możesz edytować źle napisaną stronę, ale nie pustą”. Czasami bardzo trudno jest o tym pamiętać, ale zapewniam – wbicie sobie tych słów do głowy (czy też zapisanie na samoprzylepnej karteczce i przyklejenie do ekranu laptopa) jest strasznie pomocne.


Pryvian zwana Zuzą, lub też na odwrót. Jestem studentką filologii włoskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, celtolożką z całego serca i duszy swojej, a także jedną z redaktorek Lewej Ręki Fantastyki. Z dumą nazywam się feministką (Social Justice Seamstress forever!) i duchową obywatelką Camelotu, ponieważ legendy arturiańskie i rola, jaką odgrywają w nich kobiety to moje ukochane poletko naukowe. Piszę opowiadania i powieści (fantastykę i sport fiction), gram w RPGi, nałogowo słucham muzyki, głaszczę koty i oglądam łyżwiarstwo figurowe oraz żużel.

Blog: Łyżwospam
Facebook: Pryvian

3 myśli na “O pisaniu: Pryvian”

  1. Klaudyna Maciąg

    Bardzo ciekawy materiał, nawet nie pamiętałam, że czytałam tekst Pryvian w antologii żużlowej 🙂

    Teraz przyszło mi do głowy, że to, co sama uważam za jedno z najważniejszych „dzieł” moich dziecięcych lat, też można nazwać fanfikiem. Opisywałam dalsze losy Pestki i Zenka z „Tego obcego” – i wyszło z tego naprawdę pokaźne dzieło 😀

  2. Pingback: Najważniejsze: październik oznacza Preptober - Iwona Magdalena

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *