O pisaniu: Iwona Magdalena

„Zmusiłam” kilka osób do tego, żeby podzieliły się swoją histroią pisania. Byłam tylko troszkę natrętna, bo nie wszyscy się zgodzili. Mniejsza o to. Jednak wypada, żebym ja też się nieco uzewnętrzniła i zapełniła lukę w moim małym cyklu. Takie zakończenie całego miesiąca pisania — mam nadzieję, że mój tekst pokaże, dlaczego właściwie sobie to wszystko wymyśliłam. A jak nie, to zawsze można dopytać w komentarzu. (W tym miejscu powinna pojawić się jakaś fajna emotka, ale na blogu ich nie używam, więc musicie sobie wyobrazić, jak puszczam do Was oczko.)


Ja, Iwona Magdalena, obiecuje mówić prawdę i tylko prawdę, i opowiedzieć wam moja historię pisania.

Piszę, bo jestem dziwna. Nie piszę, bo jestem dziwniejsza.

Pisać, tak na poważnie, zaczęłam w liceum. Tam też miałam kilka małych sukcesów literackich, które kazały mi myśleć, że mogę wiązać z tym przyszłość. Po pierwsze, moja polonistka wydrukowała w gazetce szkolnej mój mały obrazek literacki, który oparłam na jakiejś mandze (moment mojego szaleńczego zachwytu mangą i Japonią). Po drugie, miałam mały romans z poezją, który zaowocował wyróżnieniem w konkursie i wydrukowaniem 4 utworów w tomiku zbiorczym konkursu.

Więcej cudów nie pamiętam.

Mój romans z pisaniem jest dość nierówny, to bardziej taki efekt jojo, w którym są okresy pisania i ogólnie duża radość twórcza, entuzjazm i te sparwy. A potem trafiają się okresy, gdzie całkiem zapominam o moich opowieściach i mam wielki problem ze zmuszeniem się do pisania jako takiego. Nie wiem tylko który to okres tycia, a który chudnięcia… Teraz tak myślę, łatwiej byłoby mi to przyrównać do sinusoidy, ale efekt jojo brzmi tak nietuzinkowo.

Fun fact #177: całkiem nieźle leję wode. I na blogu, i w moich historiach. Jak się czasami rozpedzam z opisami, to całkiem zapominam, że bohaterowie powinni coś robić rozmawiać. Tutaj też poleje się woda, szykujcie kamizelki ratunkowe.

Każdy nowy rok, to obietnica poprawy, obietnica, że to w tym roku skończę moją najwspanialszą pierwszą powieść — od kilku lat jej nie mam i w zasadzie mogę winić tylko siebie, ale na użytek tego tekstu uznam, że to wina mojego Wena (który zdecydowanie zbyt często sobie gdzieś idzie i zostawia mnie z syndromem pustej kartki).

A teraz tak poważnie. Przestałam pisać chyba przy okazji mojej emigracji do Miasta Fabryk i Magazynów, i chociaż w czasie tych 6 lat miałam jakieś podrygi (mniejsze i większe), były NaNoWriMo, to wszystkie moje teksty leżą rozgrzebane i czekają na lepsze czasy. W ogóle mój problem z NaNoWriMo jest taki, że to listopad. W miescie Fabryk i Magazynów nie ma 1 listopada (tzn. jest, ale nie jest on po polsku wolny od pracy, tylko mamy halloweenowy kac) więc nie mogę sobie zacząć pisać tuż po półncy. Nie mam też lokalnej grupy wsparcia (okej, tu małe sprostowanie, bo odkryłam jedną kilka dni temu — tekst już miałam napisany — ale mam bardzo nie po drodze do nich i pewnie się zgłoszę w okolicach września, o ile chcą kogoś co nie pisze po angielsku), bo to raczej wywiejewo… I zawsze, ale to zawsze, kiedy przychodzi listopad, na magazynach zaczyna się szalony okres świąteczny i Iwona zwyczajnie nie ma sił i energii na pisanie. Albo dzieje się coś, co nie pozwala. Mam pecha do listopadów. I oczywiście w tym roku, nauczona latami poprzednimi, mam w planach napisanie tej mojej wyjątkowej powieści w trakcie trwania NaNoWriMo.

Rozjechałam się tematycznie — tylko odrobinkę. Bo oczywiście improwizuję, tak jak przy pisaniu wszystkiego.

Nie umiem w plan powieści. Co nie oznacza, że bez planu idzie mi lepiej, ale nawet jak jeden miałam, to za daleko na nim nie zajechałam. Bo ja jestem jednym wielkim Chaosem. Aż dziw, że nikt mi tak nie dał na imię. Nie umiem też w strukturę powieści. Czasami to ja nie umiem w problemy bohaterów i w dialogii. (Brzmię jakbym nie umiała w pisanie…) Bo to jest tak: czasami bohaterowie mają gadane (albo go nie mają) i chociaż są super klimatyczni, to nie umiem znaleźć dla nich problemu, żeby mogli walczyć o miłość i sparawiedliwość; czasami mam fajny problem, albo zdarzenie, ale bohaterowie obijają mi się o niego, i żaden nie chce się przykleić na stałe. A ja jestem bardzo miłą osobą i nie umiem ich zmusić.

Fun fact #354: kiedyś postanowiłam napisac fanfic do Harrego Pottera, bo chiałam zobaczyć, czy da się napisac coś dobrego bez Mary Sue. Da się, ale nie zajechałam za daleko, coś chyba koło 5 rozdziałów. Za to moja bohaterka była mega, muszę ją wykorzystać.

Ale postanowiłam się zmusić, i się nauczuć rzeczy. W końcu po coś ten miesiąc dla piszących wymyśliłam. Bo nie chcę tylko mówić, że piszę, chcę pisać. A chyba najbardziej zmagałam się z tym przez ostatnie dwa lata, kiedy odkryłam, że mój język polski jest nieco zardzewiały. Coraz częściej łapię się na tym, że nie umiem w u czy ó, albo ż czy rz — mówię na to efekt ponglish. O takich drobnostkach jak zapomniane słowa to nawet nie wspominam, dobrze że mamy też takie rzeczy jak „no to” „ten teges” „dynks” „wihajster” i „ten no tam” — zwroty bardzo pomocne przy opisywaniu światów fantastycznych.

Kiedy prosiłam ludzi o napisanie dla mnie tych tekstów, stworzyłam taką małą wskazówkę tematyczną, takie punktory do pomocy — sama za bardzo się ich nie trzymam, ale może teraz spróbuję uporządkować wszystko wedle tego małego czegoś (bez cytowania tychże punktów):

  • Piszę, bo wydaje mi się, że potrafię (to może być bardzo zwodnicze). Chwilowo napędza mnie myśl o tym, że uczę się psiania znów, i za chwilę stworzę moje wielkie dzieło.
  • Moje pomysły biorą się najczęsciej z powietrza; próbuję nie sugerowac się innymi ksiazkami, bo wtedy odkrywam, że ktoś napisał to, co ja chciałam. Im więcej piszę na raz, tym mniej kończę. Najczęsciej kończę krótkie obrazki literackie (ja je tak nazywam), które czasami nie mają tego czegoś.
  • Częściej improwizuję niż planuję. Ostatnio staram się wzorować na twórcach z authortube’a, bo oni tak bardzo mocno pchają swoje projekty do końca — też tak chcę. Tylko moje fabuły nie chcą się kleić i stoje w miejscu.
  • Ponoć nie istenieje coś takiego jak writers block – mój trwa już kilka lat. I nie ma też złotego środka do napisania dobrego tekstu — tylko metoda prób i błędów.

Fun fact #777: wszystkie numery fun factów wymyśliłam na poczekaniu, aż tylu ich o mnie nie ma. Albo jeszcze nikt nie policzył.

Mam wrażenie, że wyszło pesymistycznie. Ale nie mam na swoim koncie wielkich sukcesów, nie jestem człowiekiem do dawnaia rad — ja ich szukam. Chciałam pokazć realia życia na emigracji, gdzie trzeba zadbać o wszystko inne i nie ma się całego dnia na pisanie. I nie zawsze się chce pisać. I wiem, że w moich struggles (bo gdzie jest moje poslkie słowo?) nie jestem sama, że inni też borykają się z takimi problemami. I to Wy jestescie moim writer community, bo takiego na żywo w Mieście Fabryk i Magazynów nie mam (oby tylko chwilowo, bo patrz wyżej). Łączcie się ze mną w bólu, a w końcu doznamy oświecenia.

I w tym miejscu, chciałam jeszcze raz podziękować Pryvian, Klaudynie i Agnieszce, za to, że zechciały podzielić się swoja opowieścią o pisaniu.


Facebook: Iwona Magdalena
Twitter: @IwonaMag
Instagram: iwona.mag
Goodreads: Iwona

0 myśli na “O pisaniu: Iwona Magdalena”

  1. Dobra, dobra, dawaj lepiej te wiersze 😀 Byś się pochwaliła!

    A co do ten tegesów, to donoszę z Polski, iż teraz mówi się na nie także „przydasie” 😉

    1. Wiersze to leżą gdzieś u mamy w Polsce… do października ich nie zobaczę, a potem postaram się zapomnieć, że ktoś o nich wspomniał 😉
      A gdzie jakiś komentarz do mojej cudownej drogi twórczej? 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *