O pisaniu: Agnieszka

Oglądając Lucyfera nauczyłam się wyciągać sekrety od innych piszących osób. Zatem, zawdzięczając to mojej cudownej osobowości, przekonałam kolejną osobę do zdradzenia przepisu na sukces. Wydaje mi się, że udało mi się tak dobrać grono cudownych gości, że każda odsłona cyklu jest nieco inna i pokazuje zupełnie nową strone twórczych zmagań i pogoni za sławą.

Tym razem, o swojej historii pisania opowiada Agnieszka, która często napędza mnie do działania w moich cierpieniach aspirującego autora.


Nazywam się Agnieszka Żak. Publikuję tu i tam po czasopismach i antologiach, profesjonalistką się więc jeszcze nie nazwę, ale też coś już w kwestii pisania osiągnęłam. I zamierzam działać dalej, bo odpowiadając na pytanie „czemu piszę”, muszę szczerze odpowiedzieć, że po prostu nie bardzo umiem przestać.

Piszę w zasadzie od zawsze i do tej pory trzymam w biurku zeszyty z czasów podstawówki. Raz na kilka lat nawet do nich zaglądam, by popodziwiać moje pierwsze, pokraczne próby opowiedzenia ciekawej historii. Zresztą żadnego tekstu nigdy nie wyrzuciłam, bo wierzę w twórczy recycling — to, że x lat temu nie udało mi się jakiegoś pomysłu zrealizować, nie znaczy, że już nigdy się nie uda. Lubię raz na jakiś czas wyciągać z odmętów dysku stare, nieudane teksty, by spojrzeć na nie świeżym okiem. A czasem nawet się zainspirować i napisać je od nowa, albo ukraść z nich bohatera do innego opowiadania, albo skleić dwa pomysły ze sobą… wiele opowiadań powstało właśnie dzięki tej metodzie.

Oczywiście nie można się wiecznie cofać do liceum w poszukiwaniu inspiracji. Ba, w pewnym wieku to już się nawet za bardzo nie da. Dlatego bezustannie czytam, oglądam, słucham. Wypatruję inspiracji wszędzie, gdzie się da — może znajdę ją w artykule z „Polityki”, teledysku do piosenki mojego ulubionego zespołu albo w bardzo złym filmie? Nigdy nie wiadomo. Ostatnio coraz mocniej doceniam też wkład innych piszących. Dobrze jest mieć kogoś, kogo można poprosić o radę, omwić nowy pomysł czy podpytać o źródła do riserczu. A czasem, gdy nie chce się ani pisać, ani czytać, a patrzenie na powieść, którą dłubie się od paru lat budzi już tylko zniechęcenie, dobrze jest móc iść na piwo z kimś, kto nasze twórcze bóle zrozumie.

Bo najważniejszą, ale też chyba najtrudniejszą, rzeczą w pisaniu jest znalezienie równowagi. Kiedy pracować, kiedy odpocząć, a kiedy się po prostu poddać, bo dalsze pisanie powoduje wyłącznie frustrację i trzeba się pogodzić, że z tej mąki chleba nie będzie. Przynajmniej nie w tym momencie. Ostatnio właśnie tak się czuję, że utknęłam. Pisanie stawia mi opór i teksty nie wychodzą takie, jak powinny. Brakuje mi równowagi w życiu tak ogólnie i to się przekłada na dziwne, chaotyczne pisanie, a im się robię starsza, tym bardziej dostrzegam, że łatwiej mi się pracuje, gdy mam szczegółowe notatki i plan. Gdybym jeszcze nie była tak leniwa i zrobiła sobie porządny plan choćby na jeden tydzień mojego życia, to możliwe, że wszystko zaczęłoby się jakoś układać.

Wróćmy jednak do pisania. Ostatnio dużo skupiam się właśnie na strukturze tekstów. Pisanie to w zasadzie ciągłe uczenie się czegoś. Z jednej strony uczymy się w samym procesie pisania, jeśli chodzi o warsztat — rozwijamy słownictwo i gramatykę, próbujemy innych typów narracji i eksperymentujemy. Z drugiej, zaczyna się czytać o Chinach, skafandrach kosmicznych albo południowoamerykańskiej żabie błotnej, bo wymarzyło nam się opowiadanie z takim elementem. Był na przykład taki moment, gdy próbowałam zmieścić każde opowiadanie w 40k znaków, co by nauczyć się ograniczania wodolejstwa (a jak widać po tej notce, potrafię gadać a gadać). Teraz nadszedł moment, w którym chcę skupić się na strukturze tekstu. Warto pamiętać, że nie ma nic złego w tym, że się czegoś nie wie o pisaniu albo o temacie, o którym chce się pisać. Czasem wręcz, siadając do pisania, nie wie się niczego. Na tym jednak poleca cała zabawa, by samemu trochę poodkrywać, zanim zaprosi się do tego czytelnika.

Na koniec wypadałoby wspomnieć, co właściwie piszę. Najogólniej rzecz ujmując — fantastykę. Głównie zapewne dlatego, że to co rzeczywiste i realne mnie nudzi. A wystarczy na to nałożyć fantastyczną warstwę i nagle robi się ciekawie. A że drugą rzeczą, którą lubię, są cierpiący bohaterowie, to zdarza mi się często tworzyć właśnie taki miks — dramy, traumy i trudne charaktery oblane w fantastyczny sos, który pozwala zmienić perspektywę i otwiera przed bohaterami nowe szanse, wyrywając ich z codzienności.

I tak już zupełnie na koniec powiem, że na co dzień aż tak nie pierdolę, ale jak mi się każe napisać mądrą notkę o pisaniu, to takie są efekty. I nawet się nie mogę zasłonić za bohaterem, że to on tak nudzi, a nie ja…


Agnieszka Żak — autorka opowiadań fantastycznych. Rocznik ’88. Ukończyła bibliotekoznawstwo, trochę pracowała w trzecim sektorze. Kocha wąchać książki i czytać e-booki. Fanka fantastyki, skandynawskich kryminałów i wydawnictwa Karakter. Latem uprawia na balkonie pomidory, zimą szydełkuje, cały rok tańczy zumbę. Od 2014 bierze udział w NaNoWriMo.

Blog: Agnieszka Żak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *