Queer w głównym nurcie popkultury

NF-11-2020

W tym roku postanowiłam przetestować aplikację Nowej Fantastyki na smartfony i tablety, która pozwala takim uciekinierom jak ja, mieć stały dostęp do kolejnych numerów nawet za granicą. Że nie było to najlepsze doświadczenie już tutaj pisałam. Nie zadeklarowałam się jako stały czytelnik, bo sporo treści mnie zawiodło. Ale aplikację zostawiłam na moim telefonie z nadzieją, że trafią się takie wydania, które będę chciała przeczytać.

Tak się też stało, bo listopadowy numer Nowej Fantastyki to ten queerowy, obiecany po niechlubnej aferze z opowiadaniem Komudy (o KomudaGate pisała Agnieszka i tam odsyłam po trochę szczegółów).

Po pierwszym przewertowaniu numeru (o ile mogę tak to określić, bo przecież aplikacja) miałam wrażenie że to będzie kolejny taki sobie numer magazynu. Spis treści szału nie zrobiło. A, że zawsze bardziej interesuje mnie publicystyka niż opowiadania (łatwiej zawalić sprawę kiepskimi artykułami), to pokręciłam nosem, ale pozostałam z otwartym umysłem. Z kolei z prozą jest różnie, ale to głownie kwestia preferencji czytelnika. Jasne, tekst może mi się nie podobać fabularnie, ale będzie wartościowy na innym polu (lub odwrotnie). Słabo napisanego artykułu nic nie uratuje. Więc jak to było z numerem 11 na 2020 rok?

Publicystyka

Jest dobrze. Podzieliłabym jednak wszystkie teksty dziennikarskie na dwie grupy. W pierwszej są te, które uwzględniły temat numeru — i tutaj wyszło świetnie. Natomiast w drugiej grupie są te zwyczajowe. A ponieważ jest ich mniej, to szybkie omówienie. Oba felietony ze stałych rubryk, zupełnie jak w przypadku numeru 8, jakoś mnie nie zachwyciły. Myślałam że Kosik i Orbitowski staną na wysokości zadania i nawiążą do tematu numeru. Nic z tego, albo nie zauważyłam. Szkoda. I jakoś nie chcę się nad nimi rozwodzić, bo przeczytałam i zapomniałam o czym panowie pisali. Oprócz tego są oczywiście zwyczajowe recenzje książek i komiksów — oczywiście to co akurat na czasie, więc też nie ma sensu opisywać. Dodam tylko, że odniosłam wrażenie, że Nowa fantastyka ma zaledwie garstkę wciąż tych samych recenzentów, którzy wybierają podobne rzeczy do omówienia.

Wracając do numeru, jest też gościnny felieton SHI, który napisała Joanna Usowicz. I tutaj poczułam się bardziej wciągnięta. Bo autorka przybliża historię pewnego chińskiego artysty, który stał się pierwowzorem dla Madame Butterfly. Nie wiem jak bardzo ten tekst jest felietonem, bo chyba lawiruje na granicy gatunku, ale jest dobrze. Jest inaczej i jest w temacie numeru. Tylko chyba dlatego w Nowej fantastyce pojawił się trzeci felieton.

Z artykułami jest już zdecydowanie lepiej.

Minusem jest ten z serii LAMUS, bo zdecydowanie za krótki. Jak już się czytelnik wciąga w opisywane rzeczy, to nagle ups, i nie ma. Jakiś taki urwany koniec. Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz poszli tutaj troszkę za bardzo skrótowo dla mnie i nie potrzebnie dzielili tekst na kawałki. Ja wiem, że liczba stron, że kolumny i miejsce na reklamy (które również są w wydawaniu na aplikacje), ale jednak chciałaby się więcej. Szczególnie, że sama Carmillę czytałam nie tak dawno, a queer w powieści gotyckiej to bardzo ciekawe zagadnienie.

Co dalej? Jest tekst o złoczyńcach w popkulturze i o tym, że ich queerowość nie musi być powodem ich zła (Tęczowi złoczyńcy — tak to się robi Michał Jarecki). Jest tekst, który przedstawia sylwetkę Samuela R. Delany — autora fantastyki, w tym głownie science fiction o zabarwieniu queerowym (Samuel R. Delany, wielki mistrz fantastyki queerowej Jędrzej Burszta). Pojawia się artykuł który wyjaśnia skąd wziął się afrofuturyzm i jakie on ma znaczenie w skali światowej i dla ogólnej reprezentacji (Afrofuturyzm Magda Gacyk). A wisienką na torcie jest rozkład na czynniki pierwsze fenomenu Rocky Horror Picture Show (Nie jest łatwo dobrze bawić się Kasia Bajka).

Wszystkie teksty publicystyczne w numerze czytałam z niemała przyjemnością. Bo albo objaśniały mi one pewne rzeczy i zjawiska, o których moja wiedza była jedynie szczątkowa, albo pokazywały mi zupełnie nowe ścieżki popkulturowe, na które mogę zawędrować jako entuzjasta wszystkiego co fantastyczne. A to zawsze sobie cenię.

Proza polska

Mam wrażenie, że kolejny raz kiedy czytam Nową fantastykę, to proza wypada zwyczajnie gorzej. Chociaż przyznam, że w tym numerze jest to poziom bardziej równy. Nie jestem krytykiem literackim, nie zwracam uwagi na wiele elementów, bo ja zazwyczaj po prostu chce czerpać przyjemność z lektury. No i tutaj nie wiem czy ten aspekt został spełniony. Nie poczułam miłości do żądnego z polskich tekstów, ale gdybym miała wybrać, to pewnie byłoby to Starsi panowie dwaj Michała Gołkowskiego. Nie mam w nim wrażenia, że coś zostało dopisane na siłę. Post-apokaliptyczny egzekutor, świat który dogorywa, fabularnie spina się to bardzo dobrze w połączeniu z nowoczesnym grzechem itp. Na koniec ciekawy zwrot akcji — tekst sprawia wrażenie przemyślanego i dopracowanego. Bardzo dobre warsztatowo.

Podróż do wnętrza psa Olgi Niziołek, czyli pierwsze opowiadanie numeru, jakoś do mnie nie trafiło. Albo próbuję sobie dopisać do niego znaczenie, którego tam nie ma, albo to jakaś dziwna metafora, której ja nie zrozumiałam. Sam koncept wielkiego psa jako planety na której żyją ludzie (z uwzględnieniem psiej anatomii) jest całkiem fajny, ale nie bardzo rozumiem drogę głównych bohaterek. Teksty drogi zazwyczaj mają na celu pokazanie przemiany wewnętrznej, ale jakoś nie potrafiłam znaleźć odbicia tego wszystkiego w wędrówce postaci. Coś mi umyka, coś nie nie klei i nie ma sensu. Tak jak poboczni bohaterowie nie wnoszący nic do fabuły, prócz stwierdzenia, że każdy ma swoją drogę.

Środkowe opowiadania, napisał Witold Jabłoński i nadał mu szalony tytuł: Tęczowy jednorożec czyli wszystko już było. I ja je troszkę odbieram jako odpowiedź na opowiadanie Komudy. Jak ciekawie ubrać queer w szaty średniowieczne, jak zabawić się kostiumem dla tekstu. Ale jest to tekst z cyklu przeczytać i zapomnieć. Nie wiem czy miał szokować czy może edukować. Jest poprawnie językowo, jest fajna stylizacja, i tyle. Oczywiście może być też to kwestia mojego nieodgarnięcia tematu (bywa i tak).

Proza zagraniczna

Tutaj i lepiej, i gorzej. Dział zaczyna się od świetnego opowiadania Księgarnia na krańcu Ameryki autorstwa Charlie Jane Anders. Oto mamy dwa kraje: bardzo konserwatywną i oddaną Bogu Amerykę, oraz liberalną i rozwiniętą technologicznie Kalifornię. A na ich granicy wielką księgarnię, w której każdy znajduje azyl i dobrą lekturę. I tak jak budynek jest pośrodku, tak też jej właścicielka Molly jest pomiędzy wszystkimi ideologiami polityczno-społecznymi (bo tutaj to określenie pasuje świetnie). Autorka pokazuje oba kraje jako dwa różne stronnictwa polityczne, w których każdy nienawidzi tego drugiego. Amerykanom nie podobają się nanowszczepy i wolność seksualna na każdym możliwym polu u sąsiadów; Kalifornijczykom przeszkadza pobożność i heteronormatywność tych pierwszych. Świetnie ukazany konflikt, a w tle świat przyszłości, który nadal nie potrafi sobie poradzić z pewnymi kwestiami.

Kolejne opowiadanie to Naszym celem jest nie umrzeć i ono sprawiło mi najwięcej kłopotu. Merc Fenn Wolfmoor roztacza przed czytelnikiem dość pesymistyczny obraz świata przyszłości, w którym bycie białym hetero mężczyzną jest jedynym słusznym prawem — idealnym obywatelem. I w takiej rzeczywistości żyje postać niebinarna Sua/Suy. I ja nawet nie wiem jak poprawnie zapisać w mianowniku imię bohatera (bohateru?). Ten tekst zmęczył mnie w warstwie językowej. Nie doszłam jakich zaimków używa Sua/Suy, ani jenu(?) znajoma osoba Maya i nie wiem jak o nich pisać. Dodatkowo jestem bardzo nieprzyzwyczajona do zwracania uwagi na zaimki i formy — przez ponad 30 lat znałam jedynie on/ona — i co chwila musiałam wracać do słów czy zdań i czytać je po kilka razy, żeby zrozumieć. Totalnie rozbiło to moją lekturę. Na plus mogę dodać, że w zasadzie z braku postaci hetero w opowiadaniu, zrozumiałam jak to jest nie mieć reprezentacji w tekście. Za to brawa dla Wolfmoora.

Nic tu nie jest z pikseli to kolejny futurystyczny tekst. W zasadzie proza zagraniczna w tym numerze nie ma innych. K.M. Szpara pokazuje w nim życie w symulacji i pewien rozdźwięk między prawdziwością przeżyć. Bohater Ash, ma do wyboru żyć w wirtualnym świecie, gdzie nic nie jest prawdziwe, ale być prawdziwym sobą. Lub wybudzić się i żyć w rzeczywistości ale w ciele, którego nie zna, i którego nie chce. Rozumiem, że to miało być to ważne opowiadanie o rozterkach osób transpłciowych, ale coś tu poszło nie tak w opisach i warstwie językowej. Obok ukazanych emocji i rozterek pojawiają się kutasy ocierające się o drzewo — jakoś mi to nie idzie w parze.

Na koniec zaserwowano dziwne opowiadanie o wielorybach w kosmosie autorstwa Nicasio Andres Reed. Nie mam pojęcia co ta Krótka historia wielorybnictwa z uwagami o starożytnych praktykach miała tutaj wnosić. Było okej.

Podsumownaie

Mam wrażenie, że Nowa fantastyka się nie stara (albo ja jestem wybredna). Nie czytam każdego numeru, nie mam na to sił, bo telefon to nie czytnik. I musiałam się niekiedy zmuszać, żeby wracać do kolejny tekstów. Ogólnie nie polecam (aplikacji), ucieszyłabym się z powrotu wersji na czytniki, jakiegoś takiego epub albo mobi, co ładnie się wygrywa na kindle i nie powoduje oczopląsów od kolorowych reklam, a przewijanie kolejnych stron nie jest udziwnione. Niby ta aplikacja jest funkcjonalna, no ale jednak nie.

Tą dygresją chciałam zaznaczyć, że nie czytam magazynu regularnie, wiec też nie mam dokładnego obrazu, ale jakoś nie porwał mnie w zachwycie ani numer sierpniowy, ani ten listopadowy (chociaż jest znacznie lepiej). Możliwe, że ja już nie jestem targetem dla gazet tematycznych, albo fakt, że czytam to na aplikacji mocno zniechęca i wykrzywia odbiór.

Miło zaskoczył mnie poziom publicystyki, zdecydowanie na plus. Chciałabym, żeby częściej pojawiały się w Nowej fantastyce artykuły wartościowe, a nie byle jakie relacje z planów zdjęciowych. Opowiadania równe, ale nie wybitne i w zasadzie nie do zapamiętania.

Jeśli chodzi o queerowość numeru, nie umiem jej ocenić. Jestem hetero kobietą, całe moje długie życie byłam przeświadczona o istnieniu 2 płci, co jednak utrudnia sprawę w odbiorze. I oczywiście uważam, że reprezentacja jest ważna i świetnie że powstają takie teksty kultury (bo w artykułach czytamy nie tylko o literaturze), które uwzględniają każdego człowieka. Ale dla mnie człowiek to człowiek, niezależenie od zaimków z jakimi się identyfikuje, i powinien mieć takie same prawa i przywileje.


Tagi:

3 myśli na “Queer w głównym nurcie popkultury”

  1. Hm, no proszę, to ja oceniam ten numer jednak wyżej niż ty. Podobał mi się „Pies” i „Naszym celem jest nie umrzeć”, „Nic tu nie jest z pikseli” ma dosyć prosty koncept, ale jak na osobę nie lubiącą pisanej erotyki to tu bym powiedziała, że erotyka była ok. „Lamus” też mi się podobał, może kiedyś nadrobię w końcu „Carmillę”. ;P

    Ja chyba nawet mam parę starych numerów NF na czytniku. Wydaje mi się, że po prostu koszty ich zrobienia były za wysokie. Też mi szkoda, bo mi ta aplikacja działa paskudnie. Dziwny jest też przeskok fontu, bo w publicystyce jest bezszeryfowy, a w opowiadaniach szeryfowy. Na papierze ma to w sumie sens, ale na małym ekranie telefonu lepiej czyta mi się bezszeryfową. Ebook byłby najlepszy. 🙁

    1. Nie wiem, może mi ta aplikacja jednak odbiór zepsuła, albo ja zwyczajnie nie rozumiem queeru. Jestem też z tych osób, których ciężkie tematyki tekstów zawsze męczą.
      No i jak wspomniałam, nie czytam NF regularnie, więc też nie mam porównania z innymi numerami. A z tego zdecydowanie lepiej czytało mi się publicystykę, która mnie usatysfakcjonowała.

  2. Nie miałam okazji przeczytać numeru, ale powiem, że ten artykuł o złoczyńcach by mnie bardzo interesował. Czasem nachodzą mnie takie myśli, że wszystko zmierza w takim kierunku, że już w ogóle nie będzie wolno tworzyć czarnych charakterów, które są jednocześnie LGBT.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *