Miesiąc z życia – Marzec 2018

Kolejny dziwny i szalony miesiąc za mną, i sama nie wiem, jak ja go przetrwałam. Czas zatem na małe podsumowanie i refleksję nad intensywnością marca.

Działo się dużo: było pozytywnie, było stresująco, było męcząco i było ekscytująco. Ale po styczniu i lutym, to był zdecydowanie dobry miesiąc. Oczywiście nie obyło się bez opadów śniegu w połowie miesiąca, no ale w Polsce też jeszcze nie ma wiosny, więc nie mogę zwalić winy na Anglię.

To był bardzo dobry miesiąc dla bloga, i o dziwo, było to kilka wpisów książkowych. Dodatkowo udało mi się napisać całkiem zgrabny tekst dla Kreatywy, oczywiście o cudowności koreańskich dram. Jak łatwo się domyśleć, mało popularny. Ale za to moja odpowiedz na artykuł Oli z Nowej Fantastyki chyba się spodobała. Niestety mój angielski blog przeżywa kryzys istnienia – #smuteczek.

Oczywiście pisarsko to znów był nieistniejący miesiąc. Nawet nie wspomnę, który raz z kolei planuję poprawić Fortunteller! I boję się zwyczajnie, że jak już zacznę w nim dłubać, to wyjdzie mi coś innego… Patrz efekt „poprawiania” Śmierci Alfonsa podczas NaNoWriMo 2017. Ale cieszmy się, bo spontanicznie idę brać udział w CampNaNoWriMo April 2018 – jupi! A w ramach akcji poprawiam to, co próbuję poprawić od grudnia, i dodatkowo chcę się zmierzyć z moim pomysłem na niemagiczną bohaterkę w tekście Niemagiczna (lub też nieMagiczna). Mój plan to 7,5 tys. słów, bo i redaguję i poprawiam i piszę, więc nie wiedziałam jak to określić tym razem.

W marcu spędziłam sporo czasu na spisywaniu moich ebooków i książek (głównie ebooków) i nawet ułożyłam sobie jakieś plany czytelnicze. Skończyłam też 2 książki, więc jestem tylko 3 pozycje w plecy z moim wyzwaniem na 2018. Całkiem nieźle – i to już jest 2 razy tyle, co przeczytałam rok temu (nie żeby te moje półtorej książki było czymś, czym wypadałoby się chwalić). No i czytam teraz Pana Ciemnego Lasu – to już CZWARTA książka w tym roku, czuję się taka dumna… No i po 2 latach znów zaczynam czuć się nieco mądra, a nie tylko taki robol z magazynu (cóż, życie).

Za to kupiłam kilka ebooków. Zdecydowałam się na pakiet od BookRage Germańskie kryminały i upolowałam w promocji pozycję Pięć razy o przekładzie. I dotarły do nas z Polski kupione już wcześniej trzy tomy dzieł Ursuli K. Le Guin: Ziemiomorze, Sześć światów Hain oraz Rybak znad Morza Wewnętrznego, a także tom 2 Bram światłości Mai Lidii Kossakowskiej. To tak gdybym miała za mało do czytania…

Moje życiowe cele miesiąca to… może pominę ten drobiazg, ale jestem w stanie wyliczyć trochę pozytywów. Odebrałam moje tymczasowe prawo jazdy, ale oczywiście nadal nie zmusiłam się do nauki czy chociażby zapisania na egzamin teoretyczny. Zaliczyłam 3 sesje akupunktury, jem też „magiczne ziółka”, ale nie wiem jak bardzo mi pomaga, bo mój stan bólu i odrętwienia zmienia się z dnia na dzień (w obie strony). W końcu dostałam się też na fizjoterapię, ale chyba robię coś źle, bo znów zaczynam być sztywna i mało ruchliwa (to pewnie też wina pracy fizycznej). Cały miesiąc planowałam obiady, i trzymałam się planu w 85% – nie udało mi się zrzucić nawet kilograma, ale zamówiliśmy jedzenie z dowozem tylko raz (brawo oszczędzanie!), a na mieście jedliśmy 2 razy (Mąż ukochaną pizzę, ja z kolei makaron z krewetkami i sałatka ze stekiem). Zdecydowanie nadal jestem za planowaniem obiadów, bo i mniej jedzenia wyrzuciłam (kolejna oszczędność!) i mamy różnorodne posiłki od miesiąca. Kolejny krok to lżejsze lunche do pracy – jakiś rok, dwa lata temu jadłam bardzo dużo sałatek, teraz to głównie kanapki i makarony.

Cóż, aura i samopoczucie (np. nie dostałam pracy w mojej pracy, co mnie „lekko” zdenerwowało) jakoś mi nie sprzyjały twórczo. A jednak miałam 4 teksty na blogu mimo ciągłego stresu i zmęczenia. Sporo czytałam, dużo gotowałam i w efekcie czułam się zmęczona. Teraz próbuję wyssać z deszczu nieco pozytywności i pchnąć się do twórczego działania, żeby w kwietniu było o czym opowiadać.

0 myśli na “Miesiąc z życia – Marzec 2018”

  1. Spóźniona o pół roku daję znak, że nadrabiam posty ;).
    Fajnie, że marzec był bardziej pozytywny – mam nadzieję, że dalej będzie jeszcze lepiej (a jak nie, to nie spoiluj 😉 ).
    Co do zrzucania wagi, to nie pomogę, bo ja od jakichkolwiek diet czy innych sposobów kontrolowania jedzenia trzymam się z daleka. Dobre 12kg (dokładnie nie wiem, bo jedną z zasad jest brak wagi w domu – ważę się tylko u lekarza, czyli rzadko) zrzuciłam jedząc żelki, pizzę (domową, ale za to ciasto grube), ziemniaki, czekoladę i w ogóle wszystkie te rzeczy, których zakazują jeść. Ale powodzenia mogę życzyć 🙂 – czy się udało sprawdzę, jak już nadrobię posty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *