Mały prywatny wtręt

Dzień dobry, jest to wpis nagły, trochę przemyślany, trochę pisany pod wpływem wszystkiego, ale dla mnie potrzebny. Będzie o tym, co to się dzieje z Iwoną, że Iwona nie pisze bloga, ani powieści na NaNoWriMo, i momentami ledwo zipie. Co zaczyna udowadniać moją tezę, że listopady są dla mnie przeklęte i ja nie mogę nic w nich zaplanować, a już o robieniu czegoś twórczego mogę zapomnieć.

Dodam jeszcze, że te wynurzenia dzisiejsze, potrzebne są mi dla zdrowia psychicznego i jakiegoś takiego życiowego balansu. Więc raz na jakiś czas zdarzą mi się teksty o życiu prywatnym/zawodowym, żeby wyrzucić z siebie nagromadzoną ilość informacji i innych takich. To tak w ramach Mental Health Awareress czy coś.

Numer jeden

Zacznę od tego, że moje NaNoWriMo stoi pod znakiem zapytania, a powieść Red Goddess (tytuł nadal mocno roboczy) jest w jeszcze większej rozsypce, niż zanim zaczęłam ją pisać (tak, to możliwe). Nie mam na nią czasu, a jak mam czas, to nie mam sił. I jest to pewien paradoks, bo pierwszy raz od kilku lat, w listopadzie pracuję tylko 4 godziny dziennie. W dodatku zaczynam o 10, więc powinnam mieć te dwie cenne godziny z rana, a później masę godzin po powrocie z pracy. Tak nie jest.

Nie mam czasu. Wypadową tego stanu rzeczy jest kilka czynników, o których za chwilę napisze, czy też się pochwalę. Nie mniej czuję wewnętrzny dyskomfort, że znów mi nie wyszło. Tak wiem, mam jeszcze tydzień, ale patrząc na to, jak chwilowo wygląda mój rozkład dnia, to ja szczerze wątpię w moje siły przerobowe. I zdrowie mentalne też. I jeszcze dawno nie czułam się tak niewyspana…

Numer dwa

Dostałam nową pracę. Robię ogromny krok w przód na wielu płaszczyznach.

Nigdy nie wstydziłam się tego, że na mojej emigracji pracuję głównie w magazynach (w końcu Miasto Fabryk i Magazynów do czegoś zobowiązuje). Ale w końcu, ze świadomością posiadania magistra i marnowania się podczas zawijania w te sreberka, po prawie 7 latach życia w Anglii, po prawie roku rozsyłania mojego zbyt długiego CV, udało mi się znaleźć firmę, która postanowiła dać mi szansę w administracji. Zmieniam buty z blachą i stare jeansy na eleganckie półbuty i kolekcję sukienek z szafy.

I to jest powód, dla którego w mojej obecnej pracy (którą opuszczam z końcem miesiąca) pracuję jedynie kontraktowe 4 godziny.

Jeszcze się nie stresuję, czuję radość i ekscytację, w końcu mam wrażenie, że wszystko się ułoży.

Numer trzy

Moje problemy z plecami powróciły w zeszłym roku i stały się znów utrapieniem. W tym roku próbuje jak najwięcej zrobić dla siebie, żeby sobie pomóc. Zrzuciłam już 8 kilogramów — bez żadnej specjalnej diety, po prostu patrze na to co, i jak jem. Przy okazji tej zdrowej podróży odrzuciłam kilka produktów, np. wędliny w każdej postaci. Nadal jestem mięsożerna, ale zdecydowanie wolę tosta z avocado niż kanapkę z szynką. Nadal jestem na drodze do lepszych nawyków żywieniowych, ale już widzę efekty moich wyborów. Zaczynam być bardziej świadoma, i czasami mój wolny czas poświęcam na szukanie nowych przepisów i informacji o jedzeniu (zamiast na pisanie powieści).

Ale miało być o moich plecach. Lekarze i fizjoterapeuci zalecili mi siłownię i wzmacnianie mięśni — oczywiście zaczęłam w listopadzie, bo przecież to jest tak odpowiedni miesiąc na wszystko. A tak po prawdzie, to odczekałam sobie kilka miesięcy na wizytę w poradni fizjoterapeutycznej, więc jak dali skierowanie na 50% zniżki na siłownię miejska, to trzeba było od razu wykorzystać, póki zapał nie opadł. Więc wracam z pracy, jem coś na szybko, lecę na siłownię (w dni siłowni), wracam, gotuje, jem i idę spać. Plan dnia idealny.

Nie narzekam jednak, bo wiem, że to ma mi pomóc, a nie zaszkodzić. To nic, że jestem zmęczona.

Numer cztery

Mój kochany Mąż, z powodów tu nieistotnych, musi zmienić nawyki żywieniowe. I teraz to ja gotuję dużo, bo gotuję inaczej. Ma to swoje plusy i minusy.

Spędzam więcej czasu w kuchni, niż bym chciała, ale to pewnie pierwszy okres gdzie się dopiero uczę wszystkiego na nowo. Jednocześnie sama adaptuje się do tego nowego stylu. Zaczęłam piec swój własny chleb (bo chciałam już dawno, żeby mi ten sklepowy nie pleśniał po 4 dniach i połowa nie szła do kosza). Zrobiłam też pierwszy bulion i kostki rosołowe, a Mąż ukręcił domowy majonez. Niby nic specjalnego, ale dla mnie to jak odkrywanie nowego świata po tej całej angielskiej diecie.

Naszą nową dietę nazwałam pól-wegańską, bo chwilowo musieliśmy wyrzucić mleko i produkty nabiałowe, a dorzuciliśmy kasze i strączki.  Jemy też dużo warzyw, co już sama próbowałam wprowadzać, ale najwidoczniej potrzebny był taki kop z zewnątrz. Jednak wyzwaniem jest gotowanie tak, żeby nie było monotonnie.

A najważniejsze jest to, że lepsza zdrowsza dieta, to dla mnie kilka kilogramów w dół, i lekka ulga dla moich pleców. Win-win.

Numer pięć

Czuję, że już dawno nie miałam tylu wyzwań w życiu. Ale takich życiowych. Dlatego znów spóźniam się z tekstami na bloga, mało czytam, oglądam nieco więcej, bo jednak to lepsze w zimne wieczory we dwoje. Powieść NaNoWriMo jest gdzieś na bocznym torze, a ja czuję się wciąż zmęczona. Dlatego nie było tygodnia 3 z pisaniem, bo pisałam w tym czasie chyba tylko jednego dnia.

W grudniu zaczynam nową pracę, zupełnie nowego godziny, więc też będę musiała się przystosować. Kolejne małe wyzwanie. Mimo wszystko cieszę się z tych wszystkich zmian, które mi się na koniec roku przytrafiły — wbrew pozorom czuję się szczęśliwsza. To miał być rok dla mnie, i ta końcówka to chyba takie skondensowane dobre, które czekało na mnie za rogiem.

Iwona Magdalena

2 myśli na “Mały prywatny wtręt”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *