Gryzipiórka w zamknięciu

emigracja, zamkniecie, gryzipiorka, widok na londyn

Miałam już kilka pomysłów na ten tekst; sporo obaw i wahania, czy w ogóle powinnam pisać. Koniec końców, w 3 dniu izolacji, kiedy Mąż był świadkiem mojego małego szaleństwa, doszłam do wniosku, że muszę gdzieś dać ujście moim emocjom. A raczej opowiedzieć, co dzieje się w mojej głowie.

Ostatni raz wyszłam z domu w sobotę, na szybką wyprawę do apteki, wykupić zaległą receptę zanim będzie to bardzo trudne. Ostatni raz w pracy byłam w środę tydzień temu, i był to niezwykle pusty dzień. Prawie całe biuro przeniosło się już na pracę zdalną i nie miałam nawet z kim porozmawiać w czasie tych ośmiu godzin.

Mój oficjalny tytuł to office administrator. W praktyce jestem recepcjonistką. Od tygodnia pracuję z domu. I będąc szczerą, zupełnie mi to nie wychodzi. To jakiś stan surrealistyczny, mało idealny pod wieloma względami. Bo jeśli ktoś sobie zada pytanie: jak recepcjonistka może pracować z domu?, to mam wrażenie, że odpowiedzią będzie śmiech. Ale nie chcę pisać o tym aspekcie życia, chce się skupić na moim życiu „po pracy” i jego braku.

Przez większość dnia nie czuję się w pracy. Wstaję dosłownie pół godziny przez startem, czasami nie mam czasu, żeby się ogarnąć i zjeść śniadanie (bo wraz ze startem mojej pracy o 8 ląduję na rozmowie online, całe szczęście bez video). Nie czuję tego momentu, w którym „poszłam do pracy”, przez co też nie czuje tego momentu, gdy „wróciłam z pracy” i zaczyna się mój czas wolny.

A wszystko przez to, że moje biuro, moja recepcja, jest tam gdzie moje zwyczajowe miejsce na pisanie i planowanie rzeczy. Spędzanie 15 godzin w jednym miejscu, w jednym fotelu, jest bardzo niezdrowe psychicznie. Pomijam już to jak bardzo niezdrowe dla mojego biednego kręgosłupa. Wiem to po tygodniu.

Dorzucę do tego fakt, że moje zajęcia, bez tej interakcji w pracy z ludźmi, są niezwykle nudne. Przeplatam je jakąś samo-nauką, ale nadal są to długie, nudne i samotne dni.

Koniec końców, okazało się bardzo szybko, że to całe pracowanie z domu namieszało mi w głowie. Ostatnio miałam tak wiele planów, bardzo pisarskich planów, i nie potrafię się za nic twórczego zabrać. Nawet ten tekst kosztuje mnie bardzo dużo samozaparcia i szukania w domu miejsc w pewien sposób dziewiczych, które nie przytłoczą mnie sobą i pozwolą na wylanie z siebie tego dziwnego stanu umysłu. Nic nie jest łatwe i przyjemne.

Więc uciekam. Próbuję mieć mój czas wolny w innym miejscu, z dala od biurka. Piszę leżąc lub siedząc w łóżku, zwijając się na sofie, kładąc laptopa na kolana — byle uciec od „stanowiska pracy”. I mimo tej ucieczki, zmuszam  się do pisania. dokładnie teraz, kiedy wklepuję te słowa w klawiaturę laptopa, owinięta w mój koc z rękawami, pod romantyczną poświatą z mojej lampy do czytania. I staram się odnaleźć sens i jakąś pokrzywioną logikę tworzenia.

Już nawet nie czytam. Kolejna ceglasta Le Guin leży i czeka na lepszy czas, zatrzymałam się gdzieś po 30 stronie tego kolosa. A przecież miałam przeczytać w marcu większą część Sześciu światów Hain… Totalny stan zawieszenia. Noszę też ze sobą mojego małego Kindelka, ale prawie go nie otwieram. Sprawdzam tylko czy mogę kupić jakiegoś nowego ebooka w promocji, bo przecież teraz tyle czasu na czytanie, w końcu nawet po zakupy nie chodzę… Jakimś cudem zmusiłam się do przeczytania w tym tygodniu kilku opowiadań z nanoFantazji 2.0 — będzie co opowiadać w podsumowaniu marca i kwietnia…

Jest piątek (gdy to czytasz), ale dni mi się mylą i stają się jednym — a to dopiero pierwszy tydzień. Czas odmierzam posiłkami, które jeszcze muszę w trakcie pracy jakoś przygotować. I znów granica praca≠dom się zaciera. Stwierdzam, że chyba nie mogłabym prowadzić sobie biznesu z domu, bo szybko bym zbankrutowała (albo pod presją życia nauczyłabym się czegokolwiek).

Mam nadzieje, że jestem w tej dziwnej fazie docierania się z zaistniałą sytuacją, że za tydzień na tyle się to unormuje, że zacznę lepiej planować ten cały czas, który mam dla siebie. Z dnia na dzień okazuje się też, że to moje pracowanie z domu to w zasadzie też nie jest pewne, i nie zdziwię się jak „będę potrzebna” w biurze, żeby samotnie spędzać moje 8 godzin na recepcji odbierając telefony widmo.

W kwietniu jest też CampNaNoWriMo, na który się zdecydowałam, bo mnie znów podpuścili. Tym razem mój cel to napisanie planu powieści, zupełnie nowej w dodatku. Nowej dla ludzi, bo ja o niej myślałam już od dawna. Więcej o tym w podsumowaniu pisarskim, które zaplanowane jest na przyszły piątek.

I to chyba tyle tej historii z życia na emigracji. Można ją podsumować stwierdzeniem, że tak bardzo mi się nie chce. Ale trzymajmy się wszyscy ciepło! W tym miejscu powinnam wskazać miejsca, gdzie częściej się odzywam, ale tego nie robię, bo głownie pracuje. Więc zamiast tego, może chcecie postawić koleżance Ag kawę?

0 myśli na “Gryzipiórka w zamknięciu”

  1. Patrząc na Małża powiedziałabym, że ważne jest nie pracowanie od-do, ale wykonanie zadań przeznaczonych na cały dzień. A czy zrobisz je o 9 rano czy 9 wieczorem to mniej ważne, ważne by potem pokazać, że zadanie zostało odhaczone. Nie wiem, czy ta rada coś pomaga…
    I ty lepiej zbieraj własne kawy 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *