Księżniczki, przerośnięte robaczki i miłość w czasach toksycznego lasu

nausicaa- studio-ghibli

Zawsze marzyłam o tym, żeby obejrzeć wszystkie filmy Studia Ghibli, ale powstrzymywała mnie słaba dostępność tych starszych tytułów. Więc kiedy na początku roku dowiedziałam się, że Netflix ma zamiar udostępnić je wszystkie (prawie, bo zabrakło Grobowca świetlików), moje serduszko było zachwycone. Tylko z filmami jest u mnie podobnie jak z książkami — mam czas, mogą poczekać. Więc koniec końców nie pochłonęłam ich od razu w dziwnym maratonie animacji. A chciałam. Postanowiłam zachęcić Męża, i tym sposobem dawkujemy sobie tę przyjemności wspólnymi seansami.

Ponieważ w końcu udało mi się zrealizować jedną z życiowych zachcianek, to dlaczego nie podzielić się tym na blogu? Tak właśnie powstał ten cykl wpisów, który rozpoczynam tym tekstem. Nazwałam go szumnie i bardzo prawdziwie “35 lat ze Studiem Ghibli”, bo jak się okazało, powstało on w 1985 roku. I w sumie, może to jest powód, dla którego wszystkie filmy trafiły na platformę?

Tak wiem, to jest nieco przydługi wstęp, ale chciałabym wyjaśnić co tu się teraz będzie wyprawiało. Ponieważ wszystkich filmów jest 21, to tyle też pojawi się wpisów na blogu. I nie, nie zamierzam wrzucać ich jeden po drugim, chociaż sporą część z nich już obejrzałam. Byłoby to zbyt monotematyczne i mało ciekawe. Ale będą się one pojawiać długo, bo przez kilka miesięcy, i zapewne jeszcze w przyszłym roku. I może się tak zdarzyć, że znikną one z Netflixa zanim ja zdążę o wszystkich opowiedzieć (ale mam nadzieję zdążyć je obejrzeć).

Mam wrażenie, że anime Ghibli jest w jakiś sposób kultowe, ale zazwyczaj mówi się o kilku bardziej znanych tytułach, tych bardziej magicznych. Bo o tych bardziej obyczajowych prawie nie słyszałam. A teraz Netflix pozwolił mi poznać własnie te dla mnie nieznane pozycje studia. Jednocześnie jest to okazja do uszczknięcia kawałka historii japońskiej animacji (w okrojonej wersji, ale zawsze), porównania przedstawionych historii i ogólnie poszerzenia filmowych horyzontów.

To też ten moment, kiedy będę mogła zobaczyć jak bardzo różnią się one w zależności od scenarzysty czy reżysera danej animacji, bo przecież Ghibli nie samym Miyazakim stoi. Chociaż momentami wydaje się, że jednak tak.

Warte wspomnienia jest też to, że studio wchodzi własnie w nową erę animacji, ponieważ w trakcie produkcji jest film zrobiony w trójwymiarze, cały CG. I chociaż nie wygląda to dla mnie dobrze, i mam cichą nadzieje, że tylko sobie eksperymentują (chyba podobnie było z kreską przy tworzeniu The Tale of the Princess Kaguya), to podstawą nowego filmu jest kolejna powieść Diany Wynne Jones, i obejrzę to dla samej historii.

Wszystkie filmy oglądam z japońskim audio i angielskimi napisami, więc wszystkie nazwy będą moim własnym przekładem i mogą się nie zgadzać z (mniej lub bardziej) oficjalnym polskim tłumaczeniem. Zdecydowałam się też na publikację chronologiczną — od najstarszego filmu do najnowszego, chociaż ze względu na Męża oglądamy je w dość przypadkowej kolejności.

Mam nadzieję, że ten długi wstęp nikogo nie zraził. Zapraszam do tekstu właściwego.

Nausicaä of the Valley of the Wind (1984)
(Jap: 風の谷のナウシカ, Hep: Kaze no Tani no Naushika)

scenariusz Hayao Miyazaki, reżyseria Hayao Miyazaki

Zacznę od tego, że Nausicaä nie do końca jest filmem Studia Ghibli. Wytwórnia oficjalnie została powołana do życia w 1985 roku, czyli rok po premierze filmu. Wiele źródeł łączy je ze sobą, a i Netflix umieścił go w oficjalnym pakiecie animacji. Wydaje mi się, że Nausicaä w jakiś sposób stała się prekursorem Ghibli, bodźcem do jego powstania, finalnym elementem. A może fakt, że zarobiła tak dużo pieniędzy przy małym wkładzie, przypieczętował myśl o stworzeniu studia zajmującego się animacją. Niewątpliwie film przyczynił się do sławy Mizayakiego, i przypuszczam, że nie powinien być odrzucany na bok tylko ze względu na datę powstania.

Jest to też jedyna animacja, starsza ode mnie, co jest takim dziwnym i zabawnym zarazem smaczkiem. Fakt nie potrzebny do niczego, ale chciałam się nim podzielić.

Historia opowiedziana w animacji dzieje się w post-apokaliptycznym świecie, który porasta toksyczny las (niebezpieczny dla wszystkich żyjących ludzi) zamieszkiwany przez przerośnięte insekty. Świat nie jest bezpieczny, toksyczne zarodniki fruwają sobie gdzie chcą. Życie wydaje się być niemożliwe i pełne przeszkód, a jednak w Dolinie Wiatru jest sobie małe księstewko, samowystarczalna społeczność przyjaznych ludzi, która radzi sobie całkiem nieźle. Wiejący wiatr w dolinie zapobiega roznoszeniu się toksyn i tworzy prawdziwą oazę spokoju.

Tutaj chcę się na chwilę zatrzymać i wrzucić ciekawostkę wizualną. Otóż kilka kadrów w filmie bardzo skojarzyło mi się z tym, co widziałam w grze Final Fantasy XIV (to ta część, która jest MMORPG). Latające toksyczne zarodki, i to jak wygląda świat pokryty toksyczną roślinnością, oraz w pewnym stopniu „potwory” mieszkające na tych opuszczonych terenach, bardzo przypominają krajobraz z dungeonu Lost City of Amdapor. Nausicaä była pierwsza, więc to twórcy gry zapewne czerpali inspirację z animacji. I nie tylko w tej lokalizacji, ale również w innym aspekcie świata FFXIV. Otóż podstawowym środkiem transportu w wirtualnym świecie są ptaki, taka krzyżówka kurczaka ze strusiem, które noszą nazwę Chocobos. Sęk w tym, że do złudzenia przypominają one „wierzchowce” którymi w pierwszych scenach animacji poruszają się postacie. I ta inspiracja jest już potwierdzona (chociaż mówi się, że wikipedia nie jest dobrym źródłem informacji). Dla mnie było to niezwykle ciekawe odkrycie, a poniżej wizualne porównanie.

Wracając do animacji, główną bohaterka historii jest tytułowa Nausicaä, księżniczka w wiosce w Dolinie Wiatru. Ma ona chorego ojca, więc to chyba też wpływa na jej bardzo dorosłą postawę i sporą samodzielność. W swoim małym księstewku jest ona bardzo lubianą osobą, ucieleśnieniem cnót. I wydawać by się mogło, że ludzie żyją sobie we względnym dostatku i przyjaźni, i nic nie jest w stanie zmącić tej sielankowej egzystencji.

Ale niestety. Otóż pewnego wieczora, niedaleko osady rozbija się towarowy statek powietrzny innego państwa, co sprawia, ze życie w Dolinie Wiatrów za chwilę zostanie wywrócone. Okazuje się, że ładunek jest dość cenny i niebezpieczny (własność kraju Pejite) i chce go zdobyć bardzo wojownicza księżniczka Kushana ( z Tolmeki). I wkracza ona do Doliny ze swoim wojskiem i czołgami, żeby za wszelką cenę zdobyć to, co było na powietrznym statku.

Co zrobi Naucicaä widząc, niebezpieczeństwo, ludzką głupotę i zagrożenie dla spokojnego życia jej wioski? Co się stanie, gdy zostanie zachwiana delikatna równowaga świata? Na te, i wiele innych pytań, odpowie oczywiście animacja.

Mam wrażenie, że Nausic to swojego rodzaju potępienie dla pazerności rodzaju ludzkiego, który w imię ulepszeń i rozwoju niszczy to, co piękne i naturalne. Motywy te pojawiają się później w filmach Ghibli, i chyba nie powiem niczego zaskakującego, jeśli uznam, że Nausicaä nadaje pewien tematyczny ton późniejszym dziełom wytwórni.

Jednocześnie czuję, że animacja jest bardziej skomplikowana od niektórych późniejszych filmów studia, że porusza wiele tematów, a jej ton jest nieco cięższy niż się spodziewałam. Są tutaj konflikty na wielu liniach i wielu płaszczyznach, ale nie staram się robić masywnej analizy — próbuję opisać moje wrażenia i odczucia po seansie.

Jest tutaj polityczna walka o władzę między krajami, jest demonstracja siły. Nausicaä porusza też walkę sił natury z człowiekiem, co będzie wracać w późniejszych animacjach studia. Ale też czułam, że anime zadaje nam pytanie w stylu: kim jest człowiek, że decyduje o losie świata? W szerokim znaczeniu tego pytania. Obawiałam się oglądać coś, co powstało 36 lat temu, w głowie człowieka z innego kraju i innej epoki. A jednak znajduję tam rozterki bardzo bliskie współczesnemu człowiekowi.

Chciałabym też zauważyć, że mocarstwem w filmie jest lepiej rozwinięte państwo, na którego czele stoi kobieta — wspomniana księżniczka Kushana. Ma ona sporo za sobą, jej życie nie było sielanką, więc teraz rządzi ona twarda ręką. I kiedy myślę o fabule Nausicii, rozkładzie sił i konstrukcji wątków, to widzę podobieństwa z Księżniczką Mononoke (która była pierwszą animacją Ghibli jaką widziałam; to było dawno dawno temu). O czym mam nadzieję wspomnieć przy omówieniu animacji w przyszłości.

Animacja ma też dość ciekawy wątek romantyczny, który nie jest zbyt wyraźnie zarysowany, ale ja bym go nie wykluczała z fabuły. Dodatkowo związek, który miał jakiś zalążek gdzieś między poważnymi problemami, nie ma za bardzo szans na szczęśliwe zakończenie. W zasadzie nic nie jest powiedziane wprost, a tylko moja romantyczna natura każe mi się dopatrywać czegoś więcej w relacji Nausicii i Asbela. A dokładając do tego jeszcze układy polityczne i pochodzenie obu młodych ludzi, to widzę same przeszkody. Zastanawiam się też, czy to nie przypadkiem Asbel jest bardziej zainteresowany związkiem romantycznym, a Nausicaä ratowaniem toksycznego lasu. Jest to na pewno jakiś dodatkowy wątek w fabule, na który można zwrócić uwagę.

Nausicaä spodobała mi się wizualnie, chociaż niestety się postarzała. Przypuszczam (bo nigdzie nie sprowadzałam), że obraz został odnowiony i poprawiony na tyle, na ile się dało — w końcu trafił do cyfrowej dystrybucji. Jednak widać ziarnistość, i dla mnie dodaje to tylko uroku filmowi. Dodatkowo te piękne ręcznie malowane tła, w których widać dbałość o każdy detal i artystyczną rękę.

Miałam świadomość, że własnie oglądam pewien historyczny moment w dziejach japońskiej animacji. Bo to od tego filmu zaczęło się to, co wszyscy podziwiamy w filmach studia Ghibli. Mam wrażenie, że wytwórnia gwarantuje jakość produkcji zarówno pod względem realizacji, jak i fabularnym. Bo kiedy myślę anime, to zawsze gdzieś obok wszystkiego innego pojawia się wielkie hasło Ghibli.

Grafika w nagłówku pochodzi ze strony fancaps.net

Tagi:

2 myśli na “Księżniczki, przerośnięte robaczki i miłość w czasach toksycznego lasu”

  1. Cieszę się bardzo, że uwzględniłaś też trochę historii tego filmu, bo nie zdawałam sobie sprawy, że jest już tak stary i że zapoczątkował istnienie Ghibli. Teraz mam jeszcze większą ochotę go obejrzeć! I bardzo zazdroszczę ci tego maratonu filmów Ghibli, bo też bym taki chciała sobie zrobić, a nie mogę się zebrać…
    Czekam na kolejne notki filmowe i postaram się nadrabiać, super mnie zachęciłaś!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *