Emigracyjne święta

Sama nie wiem co straszniejsze: Christmas Shop pod koniec września czy Last Christmas z samego rana 1 grudnia we wszystkich stacjach radiowych? Czyli moja dziwna opowieść o Bożym narodzeniu w UK.

Do Anglii wyjechałam w 2013 roku, więc to będą moje czwarte (no dobrze, trzecie, bo raz udało mi się polecieć do Polski) święta na wygnaniu. Nadal mnie zadziwiają, bo esencja Bożego narodzenia na wyspach jest taka inna.

Bo święta są wszędzie. I nie chodzi mi o dekoracje domów, bo tych aż tak dużo nie ma – na mojej ulicy cały jeden dom. Na ulicach obok też raczej skąpo – jakieś światełka albo wieniec na drzwiach. Trafiają się tez szaleńcy, ale to takie rodzynki w gąszczu takich samych domków. Za to sklepy to już zupełnie inna para gumiaków.

Miałam to szczęście (czy też nieszczęście), przez dwa sezony, pracować w magazynie z kartkami okolicznościowymi. Sezon ten zaczynał się wraz z Bożym narodzeniem pod koniec sierpnia. Tak, sierpnia. To wcale nie jest pomyłka. I faktycznie, zamówień może nie było jeszcze wiele, ale w sierpniu wszystkie Christmas cards trafiały na półki w magazynie i zaczynało się szaleństwo wysyłania ich do sklepów. W setkach i w tysiącach. Bo Anglicy kochają kartki – nie tylko te bożonarodzeniowe, oni kochają je w ogóle. Chwalą się nimi i chyba nawet kąpią… Kartki okolicznościowe rozdaje się na wszystkie możliwe okazje (aż dziw, że nie obchodzą imienin!), daje się je wszystkim: szefom, współpracownikom, nauczycielom, sąsiadom, psom oraz kotom też. Raz dostałam jedną przed świętami, jak zamawiałam kebab na obiad – tak, przyszła z knajpy z jedzeniem. I tak, ja też wysyłam kartki do Polski, bo nie mam jak odwiedzić z prezentem.

Ale kartki to w sumie nie wszystko. Bo sklepy z rzeczami do domu i markety zaczynają wystawiać swoje wewnętrzne Christmas shops nawet we wrześniu. I to nic, że po drodze 31 października jest Halloween – te rzeczy będą gdzieś obok w mniejszym kącie sklepu. I jakby ktoś wpadł na pomysł, że 15 grudzień to jest dobry moment na kupno sztucznej sensownej choinki to muszę zmartwić: NIE. Zrobiłam tak w moje pierwsze Boże narodzenie w Anglii, wybrałam się w ostatni weekend po jakieś nieduże drzewko, bo wtedy mieszkałam na pokoju. W sklepie, gdzie 1 piętro było tym Christmas shop znalazłam 3. Słownie trzy sztuczne choinki w całym sklepie. I nie rozumiałam.

W pracy też jest ciekawie. U mnie jest już zaplanowany od dawna Christmas dinner w ostatni piątek wieczorem – koszt ok. £20. Nie idę, bo nie lubię tradycyjnego angielskiego jedzenia, a i spędzanie wieczora po pracy w towarzystwie starych Angielek nie jest tym, o czym marzę dniami i nocami. Mamy też tańsza wersję – bufet, którego cena to £4,50. Zjemy w ramach naszego lunchu i może dorzuca nam 15 minut ekstra. Nieco się obawiam, bo Anglicy jedzą raczej bez smaku, albo walą na wszystko ocet i frytki (jakkolwiek to dziwnie brzmi, ale bułka z frytkami albo nawet chipsami z paczki to coś normalnego). No i na koniec, jak wisienka na torcie, Secret Santa. Tak, dajemy sobie prezenty. Z jednej strony miło, z drugiej czuję się jak w szkole (te starsze panie nawet na siebie i innych skarżą do szefów, wiec czego ja mam się spodziewać?). I tak jest nie tylko u mnie. Aż dziw, że nie mam w pracy szaleństwa świątecznych sweterków! Może jest, ale musimy nosić na moim dziale specjalne antystatyczne fartuchy, więc to mnie ratuje przed widokiem reniferów, elfów i cekinów. Jest też Christmas Jumper Day ( w tym roku 15 grudnia), związany z działalnością charytatywną.

I nic oczywiście nie przebije muzyki. 1 grudnia, od razu poleciały wszystkie świąteczne hity i kity, od Last Christmas do dziwnej piosenki o osiołku.

To nie jest tak, że ja nie lubię świąt, ale znów spędzam je w takim okrojonym gronie: ja i mój mąż. I dla mnie to bardziej 10 dni wolnego od pracy i wybłagany urlop (taki gdzie nie muszę załatwiać swojego ślubu i wesela). Mam zwyczajnie wrażenie, że jest za dużo tego na około.

Jak Iwona spędza święta?

Obiecuję sobie cały czas, że już zaraz ubiorę choinkę, ale muszę zrobić małe przemeblowanie w salonie, żeby znalazła swój kąt. Więc zdjęcia nie pokażę.

Wigilia skromnie, tylko ja i mój mąż. Będzie barszcz (z kartonu) z domowymi uszkami (zamówionymi u miłej pani Genii). Pierwszy raz będę kleiła pierogi, bo teść nazbierał i nasuszył mi grzybów i zabrałam cały worek. Gotuję kapustę z grochem, bo rok temu mi się udało, więc powtórzę sukces. Ryba po grecku, pewnie jakiś śledzik kupiony w polskim sklepie. Makowe babeczki i piernik (o ile mój mikser jeszcze działa). I nie, nie będzie tradycyjnych 12 potraw, bo kto to zje? Za to na świąteczny obiad zaprosiłam znajomych i wykorzystam moje zapasy do ugotowania zupy grzybowej – dla mnie to jest must eat zupa bożonarodzeniowa, a barszcz to się może schować.

Tęsknię za rodzinnymi świętami, za stadem gości, za pierogami mojej babci i smażonym karpiem, za ubieraniem choinki z mamą i corocznym obiecywaniem sobie, ze pójdę na Pasterkę. Tęsknię za wieloma rzeczami, bo Wigilia w Anglii to nie to samo (z racji tego, że oni jej nie obchodzą). Ale to będą moje pierwsze święta jako żona i postaram się uczynić je nieco cieplejszymi niż zwykle. Z jakimś maratonem na Netflixie w tle ( 14 grudnia wrzucają mi calutka trylogie Powrotu do przyszłości).

5 myśli na “Emigracyjne święta”

  1. Klaudyna Maciąg

    Bardzo podoba mi się to, że Anglicy doceniają kartkową tradycję. Ponieważ sama zajmuję się Postcrossingiem (znasz?), takie coś jest szczególnie bliskie mojemu sercu. I fajnie, że mimo takiej cyfryzacji tradycja w narodzie nie ginie 🙂

    Podziwiam, że będziesz sama robiła pierogi. Chyba raz się na to porwałam – i nigdy więcej nie będzie mi się chciało. Za to z kapustą z grochem mam tak samo – zrobiłam na pierwszą organizowaną przez siebie Wigilię i od tamtej pory mam na jej punkcie prawdziwego schiza. Obłędne danie! Aż dziw, że w moim rodzinnym domu nigdy tego nie robiono.

    Popieram brak 12 potraw. Dla mnie to jest chore, że ludzie na siłę trzymają się tradycji, mimo że potem wywalają to na śmietnik i płaczą za straconą kasą.

    Życzę Ci, aby udało Wam się stworzyć wspaniałe, niepowtarzalne święta, które będą jak najbliższe temu, co pamiętasz z rodzinnego domu :*

    PS. Napisz kiedyś więcej o tym tradycyjnym angielskim jedzeniu, nawet jeśli go nie lubisz 😀 Sama bym pewnie tego octu nie zdzierżyła, a już frytki z chlebem to dla mnie jakaś abstrakcja.

    1. To nie tak, że całe angielskie jedzenie jest ble, no ale oni są jednak specyficzni 😉 I pewnie kiedyś o tym opowiem.
      U mnie w domu zawsze była kapusta z grochem, tylko ja za nią nie przepadałam nigdy. Ale mój (już teraz) mąż lubi, więc byłam miła i rok temu ugotowałam z jakiegoś internetowego przepisu – i uznałam, że to nawet dobre 😉
      Dla mnie wigilia to karp, zupa grzybowa i stos pierogów 😀 reszta może nie istnieć 😉

      Co do Postcrossingu, coś mi się o uszy obiło, ale nigdy się w temat nie zapuszczałam. Nie wiem jak to się je 🙁

  2. A widzisz, mi Świąt w Polsce nie brakuje.
    Pierwszy rok spędziłam w Irlandii, bo nie miałam jak polecieć, z dwójką znajomych. Mieliśmy rybę po grecku, sałatkę i keks zamiast opłatka. Wciąż to miło wspominam.
    Drugie Święta w Polsce i wciąż pamiętam pośpiech, żeby z lotniska w Warszawie w Wigilię dotrzeć na pociąg i do Poznania. I jeszcze tę atmosferę popsutą przez „czemu nie powiedziałaś, że pociąg się spóźni?”. Najmilej wspominam z tego wszystkiego sushi z warszawskimi przyjaciółkami w Złotych Tarasach. Taki bardzo niewigilijny posiłek, ale we wspaniałej atmosferze.
    Kolejne trzy-cztery lata spędzałam odwiedzając Teksas, z dala od śniegu, za to pośród amerykańskiego, konsumpcjonistycznego podejścia do obchodów. W gruncie rzeczy zero stresu, zero choinki, wspólne zakupy i gotowanie (między innymi krokodyla).
    Następne dwa lata – znów Święta w Irlandii, z mamą i Inqiem. Zero stresu: barszcz z pudełka (bo odpowiednio doprawiony może spokojnie konkurować z domowym), pierogi i uszka kupne (to akurat byśmy zrobiły, ale nie było jak w małej kuchni), śledź z pudełka. I tylko sałatkę skroiłyśmy, bo nam się chciało. No i ciasta domowe, bo irlandzkie to cukier z cukrem.
    I wiesz, nawet moja mama (przygotowując stos jedzenia na Wigilię u rodziców narzeczonej brata) stwierdziła, że tęski do tych „moich” bezstresowych Świąt.

    1. Ja z natury się wszystkim stresuje 😀 Ale brakuje mi rodziny trochę na święta – chociaż leżenie w szlafroku przez 3 dni i wyjadanie ugotowanej kapusty z grochem (bo mi się za dużo zrobiło na 2 osoby) przy maratonach Netflixa ma swoje uroki. Brakuje mi jedzenia zrobionego przez babcię (którego i tak już nigdy nie zjem) i zupy grzybowej.
      W efekcie to ugotowałam tylko kapustę i zrobiłam rybę po grecku w połowie, bo poszłam kupić dorsza do Chip Shopu…
      Nie ukrywam, że się przyzwyczaiłam do mojego leniwego życia w UK. Jak jadę na jakikolwiek urlop do Polski, do mamy, to wracam bardziej zmęczona – nie dadzą mi ani pospać, ani się polenić 😀
      Ale tym krokodylem mnie zaciekawiłaś 😀 Jak to smakuje?

      1. To chyba polska natura, bo ja właściwie też.
        Ale rodziny mi akurat nie brakuje, zresztą nigdy specjalnie wielkiej nie mieliśmy.
        Jeśli mi czegoś brakuje, to rytuału lepienia pierogów i uszek: wieczór w kuchni, z mamą, przy białym winie i cytowaniu poezji.
        A krokodyl… Jeśli kojarzysz kotlety schabowe, to one zawsze miały takie tłuste kawałki. Krokodyl ma podobną konsystencję mięsa (nie jest tłuste, ale sprawia takie wrażenie), a smakuje przeciętnie, kurczakopodobnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *