Cud, miód, złoto i diamenty, czyli rodzina Koźlaków

aneta-jadowska-malina

Mój zachwyt nad twórczością Anety Jadowskiej zaczął się od bardzo niepozornego opowiadania, które znalazło się w antologii polskich pisarek fantastycznych, Hardej Hordzie. Od tamtej pory minęło sporo czasu, ale w czeluściach bloga nadal można znaleźć moją opinię o tejże i fakt, że to Zielona zemsta była moim ulubionym opowiadaniem. To tam poznałam Malinę Koźlak i Klona Drzewieckiego (najbardziej urocza parę polskiej fantastyki) i zakochałam się.

Oczywiście od tamtej pory przeczytałam już całą Heksalogię o Dorze Wilk, która była wspaniała na swój własny sposób. Przeczytałam też zeszłoroczny zbiór tekstów halloweenowo-świątecznych Dynia i jemioła, który zapewnił mi niesamowitą rozrywkę. Bo ta lekkość stylu, mniej i bardziej dosadne żarty, a przede wszystkim niezwykle kolorowi bohaterowie, powodują, ze Jadowską dobrze się czyta (nawet jeśli zarzuca się jej zabawy na pograniczu Mary Sue). Ale oczywiście najbardziej z niego zapamiętałam Malinę właśnie, i jej szaloną prababcię Narcyzę i przepadłam. Dlatego z niemałą radością powitałam informację o wydaniu zbiorku tekstów opowiadających tylko i wyłącznie o czarownicach z niesamowitego rodu Koźlaków. To było spełnienie marzeń czytelniczych, bo nie raz i nie dwa myślałam sobie, jak fajnie byłoby dostać więcej przygód Maliny i spółki.

Cud, miód, Malina. Kronika rodziny Koźlaków to prawdziwy cud, miód, złoto i diamenty! Uważa, że zbiór tekstów wyszedł niesamowicie i jest ucztą na jesienne wieczory. To ten typ literatury, który poprawia nastrój i wciąga na maksa. Przynajmniej jeśli chodzi o mnie.

Wydawnictwo SQN stanęło na wysokości zadania i książkę dostajemy w twardej oprawie, z tłoczonymi zdobieniami — ogólnie wygląda to cudnie. Wszystkie rysunki autorstwa Magdy Babińskiej, którą dostaje się niejako w bonusie razem z Jadowską (w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu), to małe arcydzieła sztuki, bez których żądna książka z Thornversu nie mogłaby w pełni zaistnieć. Nie potrafię sobie już wyobrazić innych okładek, innej wizualizacji postaci — nikt chyba nie odda prababci Narcyzy pomykającej w dresiku z takim urokiem. Tak dopracowane pozycje lepiej się czyta, tak zwyczajnie.

Co dostajemy na tych ponad czterystu stronach? Śliczną wklejkę w malinki (jakżeby inaczej!), krótki wstęp Jadowskiej, która troszkę wyjaśnia skąd wzięła się rodzina Koźlaków, skrócone drzewo genealogiczne rodu oraz osiem opowiadań, z których dwa już były publikowane. Jednym z nich jest Idiota skończony, który nie dość, że pojawił się w antologii od Fabryki słów lata temu, to tuż przed premierą SQN i Jadowska zdecydowali się umieścić je w sieci zupełnie za darmo jako świetną zajawkę i akcje promocyjną zbioru Cud, miód, Malina. Wiele osób już opowiadanie czytało, więc to był trafny wybór z punktu widzenia marketingowego, no i jest to historia w której pierwszy raz spotykamy się z Maliną. W tekście pojawia się też Klon, którego dostajemy w uroczym gratisie do pakietu koźlaczkowego (w tym wypadku nawet troszkę dosłownie). Zresztą, wspomniałam już, że jestem tą para zachwycona! Żądna inna w twórczości Jadowskiej nie wzbudza moich reakcji tak jak oni. I chcę więcej!

Cały zbiór jest ułożony mniej więcej chronologicznie, żeby sprawiać wrażenie ciągłości zdarzeń. Wyjątkiem jest Niepozorny talent, który opowiada o młodej Aronii Koźlak, matce Maliny. Ale ten tekst przede wszystkim pozwala nam zajrzeć nieco pod warstwy niezwykłego rodu kobiet, zrozumieć jak narastała legenda Narcyzy, co stało się z jej córkami i poznać talenty niektórych ciotek i kuzynek.

Gdybym miała wskazać moje ulubione opowiadanie, to bez wahania powiem, że Eskapada Narcyzy Koźlak, bo nie ma nic tak cudownego jak szaleństwa prababci. To moje ulubiona postać zaraz po duecie Malina i Klon, a jak mam całą trójkę, jak w przypadku Stawki większej niż życie wieczne, to tylko żałuje, ze było ona tak krótkie i nie miał zbyt wiele barwnych i brawurowych wyczynów seniorki rodu.

Cud, miód, Malina zamyka opowiadanie Zielona zemsta, które pojawiło się w Hardej Hordzie. I bardzo je lubię za wgląd w życie i działalność Klona, który udowadnia że nie do końca jest takim białym charakterem. Przypuszczam, że on i Malina wpadną jeszcze w nie jedne tarapaty. Zresztą, z Koźlaczkami to inaczej się nie da. Biedak nie wiedział chyba co robi, kiedy wybrał sobie Malinę za towarzyszkę zabaw.

Dlaczego tak bardzo pokochałam Malinę? Bo nie ma supermocy. Jako jedyna z bohaterek Jadowskiej nie dostała w spadku wszechpotężnego dziedzictwa, nic się z niej nie wylewa falami magii, nie wspomaga jej nikt szalenie mocarny (chociaż tutaj mamy prababcię Narcyzę, więc można się kłócić), nie jest silna, superszybka i naładowana zajebistością. Jest zwykła dziewczyną, która pracuje w kawiarni i jej magiczna moc to wizualizacje komiksowych klatek, które raczej nie są jakoś tak spektakularne (chyba, że zamieniasz swojego chłopaka w kozła) i mają więcej ograniczeń niż by się chciało mieć jako czarownica. Ale to wszystko jest w niej najlepsze. Bo jak chce coś osiągnąć, musi zazwyczaj wołać na pomoc kawałek swojego wielkiego klanu, a u Koźlaków rodzina stoi zawsze na pierwszym miejscu. Dodatkowo w parze z Klonem stanowią trochę wybuchową mieszankę i ja jestem ciekawa ich przyszłych dzieci. Halo halo, Pani Autorko, mamy na to szanse?

Po prostu bohaterowie się tutaj udali. Jadowska stworzyła gromadę niekiedy przerysowanych charakterów, ale jak ktoś nie jest w stanie pokochać Narcyzy Koźlak z umiłowaniem do (cytuję) oczojebnych dresików, to ja chyba nie chcę z nim gadać. Bo koźlaczki często w jakiś dziwny sposób ze sobą kontrastują, ale w tym wszystkim tylko dopełniają obraz niesamowitości.

Lekki styl Jadowskiej, naładowany dowcipem idealnie sprawdza się w opowiadaniach. W ogóle trudno sobie wyobrazić, żeby historia Maliny i rodu Koźlaków była jedną ciągłą powieścią. Jaka musiałaby się w jej życiu zdarzyć katastrofa, żeby to miało sens? Zdecydowanie wole w tym wypadku formę opowiadań i liczę na kolejny tom Kroniki.

Mam wrażenie, że Jadowska ogólnie lepiej wypada w krótszych tekstach, bardziej dowcipnych, ze stawkami nieco mniejszymi niż życie wieczne. Ale zaczynam kochać jej twórczość miłością szalonego czytelnika, bo nikt nie zapewnia mi takich dawek śmiechu jak Ona.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *