Camp NaNoWriMo: kwiecień 2021

To znów ten czas w roku, kiedy będę udawać, że jestem pisarzem.

Czyżby to był ten moment, w którym w końcu zacznę spełniać moje postanowienie na ten rok, żeby więcej pisać? Być może. Chociaż im bliżej tego 1 kwietnia, tym mniej mam ochotę na cokolwiek. Dlaczego tak się dzieje, to wyjaśni się pewnie w podsumowaniu marca…


Oto miejsce na małą dygresję, która chciałabym poświęcić na projekty ludzi od NaNoWriMo. Bo to potrzebuje swojego miejsca w tym roku. (Przy okazji wordpress popsuł mi coś z tym wstawianiem obrazków obok tekstu i to wygląda szeroko i dziwnie, i ja nawet nie chcę próbować z tym walczyć…)

Otóż w tym roku kwietniowy Camp NaNoWriMo nie jest tylko tym, czym było od zawsze. W tym roku jest on również NaNoFinMo — National Novel Finishing Month (jakby ktoś przypadkiem chciał sobie dodłubać to, co zaczął w listopadzie i jeszcze tego nie zrobił). Ta informacja to chyba przeszła jakoś bez echa… Ja myślałam, że ten banner z rekinem to taki trochę słaby i w sumie go olałam. I wtedy twórcy akcji dali nam to monstrum po lewej.

Grafiki na Camp NaNoWriMo 2021 wyglądają jak sklejone w Canvie przez MOIS. Ja nawet nie wiem, jak ja mam się czymś takim chwalić. Nie wiem, zwyczajnie nie wiem co ja mam z tym zrobić… Patrzę na te bannery i jest mi smutno, bo nie jestem na tyle odważna, żeby się tym dzielić radośnie w social mediach. To ja już wole tego rekina.

I dlatego grafika tego wpisu wygląda jak wygląda — sklecona na szybko, chowająca pod spodem smutną pardwę o Camp NaNoWriMo 2021. I czemu wydaje mi się, że NaNoFinMo będzie proroczo zwiastować jakiś koniec w długoletniej chwale tej pisarskiej akcji?


I wracam do tematu tego wpisu: co też Iwona ma zamiar (bo nadal ma mimo wszystko) pisać?

Kwiecień to dla mnie praca nad nowym-starym tekstem. Oznacza to mniej więcej tyle, że odgrzebałam bardzo stary pomysł i będę pisała coś nowego. Jako cel wyznaczyłam sobie skromne 20 tys. słów, bo też nie chcę się przemęczać w tym dziwnym dla mnie czasie. Chociaż może takie namiętne pisanie byłoby nawet jakimś pomocnym rozwiązaniem?

Roboczy tytuł powieści, za którą się zabieram to Magic Bullets. Round One i mam zamiar zmierzyć się kolejny raz z pisaniem po angielsku. Mam już główną bohaterkę, głównego (chyba) bohatera i bardzo uroczego psa piekielnego. A do tego imiona niczym z Texasu i uznałam, że to dobry motyw na urban fantasy z takim westernowym klimatem. Jakieś pojedynki w samo południe czy coś. I rewolwery.

Nie mam fabuły. I sama nie wiem gdzie mnie to zabierze — nastawiam się na jakiś info dump w kwietniu i bardziej pisaniu tego, co mi podsuną śmieszni bohaterowie. A nóż widelec coś się z tego wykluje w najmniej oczekiwanym momencie?

Te moje 20 tys. daje mi średnio 666 (z kawałkiem) słów dziennie. Może w połączeniu z tym demonicznym buldogiem angielskim to coś da? Więc realistycznie chciałabym pisać gdzieś w przedziale 666-1000 słów i potem dalej coś z tym tekstem robić. Bo moja NaNoPowieść 2020 to raczej już się do niczego nie przyda.

No to pióra i klawiatury w dłoń. Odliczamy do 1 kwietnia.


Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *