Anime: DoroHeDoro

dorohedoro-anime-netflix

Obejrzałam anime. Nie jest to nic nadzwyczajnego, bo oglądałam anime i czytałam mangi zanim to było modne i mainstreamowe. Jednak to coś wartego odnotowania, bo niezwykle rzadko, a może właściwie wcale, dzielę się tym na blogu. Może dlatego, że nie czuję się ekspertem od anime.

Obejrzałam DoroHeDoro, które nie tak dawno pojawiło się w nowościach Netflixa. A wszystko to za sprawą Męża, który kiedyś dawno temu czytał mangę i uznał, że musimy to obejrzeć, bo to będzie super. A że On jest nieco wybredny w te klocki, to uznałam, że pewnie ma rację.

Mały rys historyczny, albo może garść faktów. Manga DoroHeDoro ukazywała się miesięcznie od 1999 roku, do jak się okazało 2018. Nigdy nie została przeniesiona na ekran, co jest dość popularne nawet, jeśli tytuł ma status „ongoing”. Przypuszczam, że manga nigdy nie była na tyle popularna, i może zastanawiać, dlaczego Netflix po latach postanowił zmienić stan rzeczy. Okay, ja po obejrzeniu wiem dlaczego, ale o tym za chwilę.

Mangi nie czytałam. Jeszcze, bo mam nadzieję w którymś momencie to zmienić. Ale warte odnotowanie jest to, że sam tytuł, a przez to i pomysł, sposób rysowania czy narracji, ma już 20 lat i zapewne wpisuje się w stylistykę końca lat 90tych. Są to jedynie moje przypuszczenia, bo nie jestem żądnym ekspertem od mang i pewnie musiałabym w tym temacie zrobić ogromny reaserch, a to nie jest miejsce na takie rozważania.

Kiedy jesteś facetem z głowa krokodyla…

Odpalamy pierwszy odcinek, który oczywiście raczy nas napisem „A Netflix Orginal Anime Series”, po czym dostajemy jedną z bardziej absurdalnych scen na dzień dobry. Facet z głowa krokodyla próbuje odgryźć głowę facetowi w masce, który rozmawia z inną głową w paszczy tego pierwszego?

Okay, gdzie ja jestem i co ja tu robię? Koniec końców rozgrywa się mała walka 2 na 2, ktoś ginie, ktoś ucieka, pojawiają się drzwi znikąd, a facet z głową krokodyla czuje się dziwnie zawiedziony.

A potem pojawia się najbardziej psychodeliczna i odjechana czołówka, jaką ostatnio miałam okazję oglądać. Intrygujące.

Ale o co tu właściwie chodzi,
i dlaczego mam nie uciekać z krzykiem?

Anime jest zdecydowanie dla dorosłych, albo przynajmniej dla widza dojrzałego. I nie będę oszukiwać, momentami jest bardzo dziwnie. Na starcie warto wiedzieć, że wszystko dzieje się w jakimś post-apokaliptycznym świecie, gdzie mieszkają sobie ludzie i czarownicy.

Nasz główny bohater o głowie krokodyla padł ofiarą zaklęcia – stąd też nietuzinkowy wygląd. Caiman, bo tak nazywa się nasz heros, nie pamięta o sobie nic sprzed tego „upiększenia”, nawet swojego prawdziwego imienia. W efekcie szuka swoich wspomnień i tego, kto go tak urządził, ale chce też zabić wszystkich czarowników. Tak przy okazji.

Czego dowiadujemy się o naszym nieszczęśniku już z pierwszej sceny? Otóż w paszczy Caimana jest kolejna głowa. Taka zwyczajna głowa człowieka, która sobie czasami rozmawia z kimś, kto do tej paszczy „wpadnie”. Pierwsza myśl jest oczywiście taka, że to właśnie ten prawdziwy Caiman sobie mieszka sam w sobie. Ale czy na pewno?

Jednak nie samym mężczyzną-krokodylem anime stoi i dostajemy garść bardzo ciekawych postaci, które uzupełniają ten dziwny obraz. Naszemu herosowi towarzyszy Nikaido, właścicielka małej restauracji z gyozami i najwyraźniej mistrzyni tego dania, bo mało kto może się jej pierożkom oprzeć. Okazuje się, że gotowanie to zajęcie, które nauczyło ją walki wręcz i zwinności tygrysa.

Ale czego się spodziewać w tym ponurym świecie, pełnym robactwa, krwi i dzikiej magii? Kobieta musi się jakoś bronić.

Każdy z bohaterów ma swoją historię, którą poznajemy po kawałku, serwowane w bardzo wyważony sposób. Co zdecydowanie jest na plus całej historii, bo ciągle odkrywamy nowe elementy układanki.

Co mnie urzekło?

Oczywiście historia. Gdyby tak nie było, to nie dzieliłabym się moimi wrażeniami.

Ale też to jak zostało anime narysowane. Na szybko porównałam z kadrami mangi, która okazała się bardzo bogata w detale i realistyczna. Anime nieco to tonuje, ale nadal uważam, że kreska w DoroHeDoro jest niezwykle dopracowana. Serial wygląda na zrobiony z niezwykłą starannością, nie trafiłam na niechlujnie narysowane klatki. Netflix bardzo się postarał i nie mam czego zarzucić stronie wizualnej.

Dodatkowo postacie, o których już wspomniałam. Nikt tu nie jest biały albo czarny, bohaterowie, tak jak świat, pełen jest odcieni szarości. I odpowiednia dawka komedii.

Mam wrażenie, że całość pozostaje w klimacie starych dobrych lat 90tych, chociaż nie mam zbyt wielkiego doświadczenia ani z mangami, ani tym bardziej z anime tamtego okres. Ale czuje w tym coś takiego nostalgicznego, czego nie potrafię opisać słowami. Chciałabym jakieś potwierdzenie w tej kwestii.

Niestety anime ma tylko 10 odcinków i zostawia po sobie masę niezamkniętych wątków i okrutny clifhanger. Na szczęście Netflix swoje animowane serie czasami wypuszcza szybciej niż te aktorskie. Mam nadzieję, że tak będzie w przypadku DoroHeDoro, i kolejny sezon pojawi się jeszcze w tym roku.

Bonusy dwa

Tytuł DoroHeDoro nie bez powodu kojarzy się z angielskim door.

Polecam też oglądać zakończenia, bo tu niespodzianka, animacje się zmieniają i są… zabawne i dziwne jednocześnie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *