5 lat na emigracji

Ten tekst miałam napisać nieco wcześniej, ale nie wyszło. „Śnieżyca” w Mieście Fabryk i Magazynów mi nie pozwoliła… A tak na poważnie, to pisałam inne rzeczy i mam lekki poślizg, bo 5 lat na emigracji stuknęło mi 28 lutego.

Mieszkam sobie w Anglii już 5 lat, i zaczynam się przyzwyczajać do jej absurdalności. A ta dziwnie przedłużająca się zima dała mi przy okazji sporo absurdalnej radochy. Ale ja nie o tym (głównie).

Miałam opisać, jak mi się tutaj mieszka, i zrobić pewne rozliczenie z tej decyzji, ale uznałam, że nie. Bo pamiętam, że pod moim postem o Bożym Narodzeniu pewna dobra dusza chiałą więcej o angielskim jedzeniu. To w sumie też może być i o tym.

Moje top 5 angielskich rzeczy na 5 lat emigracji.

#1 Frytki i ocet.

O ile nie rozumiem wkładania frytek, czy też chipsów do bułki i chrupania w najlepsze, o tyle pokochałam angielskie frytki z sola i octem. W zasadzie jest to ciemny vinegar, który chyba smakuje nieco inaczej i jest typowym dodatkiem do wszystkiego w chip-shopach. A frytki tam są grubo krojone, ciepłe i mięciutkie. To jest inny poziom frytek, a dodatkowo porcje są ogromne. Taka tradycyjna ryba z frytkami, to połowa dorsza w chrupiącej panierce i góra frytek, góra! Dwie osoby to się tym przejadają.

Fun fact: jak kupiliśmy pierwszy raz fish & chips, to nie zdając sobie sprawy z ilości jedzenia, wzięliśmy z Mężem po zestawie dla każdego. Góra jedzenia.

#2 Dwa centymetry śniegu.

Jak w Anglii spadnie śnieg, to mamy klęskę żywiołową i martwe miasto. Ponieważ Anglicy nie znają opon zimowych, to nawet 2 cm śniegu powodują paraliż – autobusy nie wyjadą na miasto, a na taksówkę czeka się po półtorej godziny, bo na pracę zdecydowało się 3 szaleńców. Dzieci nie idą do szkoły, a nie pojawienie się w pracy jest zazwyczaj legalne i niekarane. Ponoć chleb wykupują z marketów, bo tragedia się stała, jak troszkę napadało.

Fun fact: jeden Anglik powiedział mi, że w miasteczku obok znów pada (4 dzień z rzędu), a nawet szaleńczo pada śnieg i lada chwila uderzy w nas ten kataklizm. Dwie godziny później widziałam przez okno te drobne płatki śniegu, które wprawdzie pchane wiatrem, ale tańczyły sobie w świetle latarni. To nie była śnieżyca.

#3 Słońce = załóż t-shirt.

Anglicy rozbierają się jak tylko wyjdzie słońce. I w zasadzie często ubierają się niestosownie do pogody. Pani w eleganckich sandałkach w grudniu? Proszę bardzo, i to na gołe stopy. Twierdzę, że oni są niezwykle zahartowani, i wiatr czy deszcz im nie straszne. W drugą stronę też widuję, bo potrafią się opatulić jak jest ciepło. Ale w końcu Anglia jest na A, tak samo jak Absurd.

I do kwestii ubraniowej: 99% dziewczyn chodzi w leginsach i nie przeszkadza im, że wychodzi tłuszczyk, albo odznaczają się majtki.

#4 Herbata z mlekiem.

Nie spotkałam się ze stereotypową herbatką o piątej, ale w pracy kiedy ja wybieram kawę, Anglicy chłepczą swoją okropną herbatę z mlekiem. Tak w zasadzie to nie mam nic do niej, ale dla mnie herbata to tylko z cytryną, miodem i sokiem z malin – mleko nie jest jakimś cudownym dodatkiem do podkręcania smaku. Poza tym, jak na herbaciany kraj, to raczej nie mają jakiegoś dużego wyboru smaków czy odmian. Ale przyznam się, że angielska herbata śniadaniowa jest wyborna (odmiana o nazwie English breakfast).

#5 Służba zdrowia.

Taki optymistyczny punkt na koniec, bo kogo bym nie posłuchała, to tylko śmiech przez łzy. Bo nie można się dodzwonić, ani umówić na wizytę u lekarza. A jak już się przypadkiem uda, to potem wcale nie jest łatwiej. Albo nic ci nie jest, albo czekasz miesiącami na kolejny etap leczenia. Ale chyba najzabawniejsze jest to, że Anglicy wiedzą, jak beznadziejną mają służbę zdrowia, i jeszcze żaden nie próbował jej bronić.


Takie to moje Miasto Fabryk i Magazynów. Nieco prostackie, troszkę nijakie i pełne Polaków. Gdzie Anglicy stanowią połowę populacji (tak mi się wydaję) – tę bardziej tłustą, czasami obleśną, czasami za bardzo wytapetowaną, ale na pewno bez kompleksów. Gdzie ludzie bełkoczą pod nosem jakieś słowa, z tą swoją szkocką naleciałością i nijak nie idzie zrozumieć.

Mieszkam w tej Małej Szkocji już 5 lat, i już nie jest ona taka straszna. Tylko rozglądam się i szukam kolejnych absurdów.

0 myśli na “5 lat na emigracji”

    1. Nie, to ja nie mam dzwonka do drzwi 😀 Plus tego taki, że nie słyszę jak przyłazi ktoś z ofertami tańszego prądu albo innych takich.

  1. Klaudyna Maciąg

    Nie wyobrażam sobie jedzenia frytek z octem, ale może faktycznie da się to z czasem polubić 🙂

    Co do niedostosowania ubioru do pogody – często czytam o tym na forach dla mam. Że w Anglii czapek się nie nosi, że dzieciaki porozbierane, że to skandal i w ogóle jak tak można 😉 Może jednak naprawdę takie zahartowanie dobrze im służy?

    1. To nie jets taki ocet, jak ten polski do przetworów 😉 I świetnie się on z solą komponuje, ale tu frytki je się z fasolką, zielonym groszkiem, sosem gravy (czyli coś miedzy sosem pieczeniowym a magi…) albo sosem curry, no i z serem też.

  2. Miałam podobne wrażenia ze swoich 8 lat w Irlandii.
    Frytki i ocet to trochę smak nabyty, ale przywykłam. Pół centymetra śniegu i kataklizm też przerabiałam, a lokalne i panny w sukienkach na ramiączkach w środku zimy też.
    Natomiast na służbę zdrowia narzekać nie mogę, ale też skrupulatnie unikałam lekarzy lokalnych. W Dublinie było kilka polskich przychodni i wolałam zapłacić 50 euro za wizytę, ale dostać coś więcej niż „weź Panadol” i nie czekać w kolejkach. Inna sprawa, że dalej niż do lekarza rodzinnego/dentysty musiałam tylko raz – i wtedy już miałam firmowe ubezpieczenie, więc rentgen w szpitalu i kule nie wykończyły mnie finansowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *